niedziela, 6 grudnia 2009

Wakacje na progu zimy

Dziś po raz kolejny nie będzie ani słowa o szukaniu, kupowaniu a już na pewno o urządzaniu mieszkania. Nie niepokójcie się jednak. Zbliża się czas, gdy i o tym zaczniemy pisać intensywniej. Tymczasem dziś chcielibyśmy powrócić na chwilę do wydarzeń nie tak bardzo odległych w wymiarze czasowym, ale za to maksymalnie oddalonych w wymiarze porarokowym. A dokładniej do tego, co miało miejsce późną wiosną.
Ponieważ pogoda za oknem jest ewidentnie jesienna, przygotowania do świąt jeszcze nie ruszyły pełną parą, do tego codziennie mamy do czynienia z długimi wieczorami, doszliśmy do wniosku, że to dobry moment aby przypomnieć sobie o naszych ostatnich wakacjach i wprawić się w ten sposób w miły nastrój. A było to tak...
Późną wiosną naszła nas myśl, aby rzucić to wszystko i gdzieś wyjechać. A skoro tak pomyśleliśmy, to pomysł ten zrealizowaliśmy niemal natychmiast, co w naszym wypadku oznacza jakieś dwa tygodnie później. Za cel wyjazdu obraliśmy sobie Pragę.
Plan był prosty. Wsiadamy w pociąg, jedziemy do Pragi, tam zwiedzamy, nocujemy, następnego dnia znów zwiedzamy a potem wracamy. A dlaczego pociąg? To prawda, że koleje czeskie wyglądają tak jak nasze koleje polskie, ale mają pewną niezaprzeczalną zaletę - kosztują tyle, na ile wyglądają, dlatego przedłożyliśmy je nad jazdę samochodem. Mimo tego, że najmłodsze z nas miało wtedy cztery miesiące. Tak, to prawda, że są ludzie, dla których taka wyprawa z małymi dzieciakami, to nic wielkiego. Ba! Znamy ich nawet osobiście! Jednak dla nas, taka decyzja to było coś.
Ponieważ całość miała miejsce w okresie wiosennym, więc pakując się, wrzuciliśmy dzieciom do torby wiosenne i letnie ubranka. Ale na wszelki wypadek dorzuciliśmy też ubranka zimowe, aby przypadkiem nie zostać na lodzie. A skoro tak, to z rozpędu, wylądowały tam również ciuszki jesienne. Ostatecznie nasz ekwipunek wyglądał mniej więcej tak: dwa wózki, kilka par butów, kurtki, rowerek, kalosze, odkurzacz, swetry, aparat fotograficzny i maszynka do mielenia mięsa. Całość, to jakieś cztery torby i czterdzieści kilogramów. Dobrze, że to wyjazd tylko na dwa dni... Ale, jak się okazało, i tak było to zbyt wiele jak na jednego Tatę. Stanęło więc na tym, że zabraliśmy ze sobą jeszcze szwagra.
Tak skompletowani spakowaliśmy się do samochodu i wylądowaliśmy w Cieszynie. A konkretniej w Czeskim Cieszynie. Na miejscu dołączył do nas drugi szwagier. Niezamknięte auto pozostawiliśmy na jakimś podejrzanym parkingu pod hipermarketem, a sami zapakowaliśmy się do przedziału pociągu i rozpoczęliśmy podróż.
Było ciężko, ciepło, wesoło, męcząco, ciekawie, komicznie, cudownie, nerwowo, słonecznie, itd, itp...
Co ciekawe, gdy po powrocie wysiedliśmy na dworcu obarczeni nowymi doświadczeniami, zastaliśmy samochód, tam gdzie go zostawiliśmy.
Wycieczka ta dostarczyła nam niezapomnianych wrażeń i pozwoliła sprawdzić się w ciężkich warunkach. Spróbujcie utrzymać trzylatka w jednym miejscu przez pięć godzin. W wypadku naszego trzylatka to oznacza naprawdę ciężkie warunki... Tak, czy inaczej Praga jest tego warta.
To podróżowanie tak nam się spodobało, że zaczęliśmy planować kolejne wycieczki. I tak, niedługo potem, znów trafiliśmy do Cieszyna. Tym razem traktując je jako cel a nie jako stację przeładunkową. Miasto niezmiernie urokliwe, ciepłe i słoneczne, choć lekko pustawe. Spędziliśmy tam raptem kilka godzin, ale i tak było miło.
Innym znów razem wybraliśmy się w drogę do Wisły. I tym razem również pociągiem. Jazda po górach, nawet jeżeli nie są to jakieś szczególnie wysokie góry, robi wrażenie. Jak się okazuje, szczególnie na trzylatkach. Choć prawda jest taka, że chodziło raczej o rogatki, których na tej trasie jest znacząco więcej niż na innych trasach. Co chwila w wagonie rozbrzmiewał zaskoczony okrzyk: O! Znów zamknięte rogatki! W Wiśle zaliczyliśmy spacer ulicą Spacerową, gdyż znów wybraliśmy się w drogę z wózeczkiem, więc pchanie się między górki raczej nie wchodziło w rachubę.
Na zakończenie sezonu skoczyliśmy jeszcze na dłuższy spacer do Lanckorony. Tam trafiliśmy do muzeum aniołów oraz wdrapaliśmy się na górę zamkową aby podziwiać na niej górę kamieni pozostałych po zburzonym zamku.
Tak minęło nam kilka miesięcy na planowaniu wycieczek, realizowaniu tych planów, a potem oglądaniu tysięcy zdjęć dokumentujących te nasze zmagania. Obudził się w nas duch podróżników. Polubiliśmy to. Ten smak nowości, widok miejsc, widzianych pierwszy raz w życiu, zapach powietrza, którego jeszcze nigdy wcześniej nie wdychaliśmy i dźwięk rozmów, na tematy, które do tej pory nas nie dotyczyły. To jest ekscytujące i niezmiernie miło wrócić do tych wspomnień po jakimś czasie w zupełnie innych okolicznościach. W przyszłym sezonie prawdopodobnie znów gdzieś wyruszymy. Możliwe, że tym razem nasze wycieczki będą dłuższe. Mała będzie większa, ale jeszcze nie będzie trzylatkiem a Starszy Brat będzie jeszcze starszy i już nie będzie trzylatkiem, do tego my będziemy już bardziej doświadczeni więc jest szansa, że będzie jeszcze łatwiej i przyjemniej.
A jak Wy spędziliście swoje wakacje? Wspominacie je teraz, gdy słońce wcześnie znika za horyzontem? To chyba najlepszy czas na to, bo już za kilka dni rozpocznie się szaleństwo, którego przedsmak widać już na ulicach i placach. Potem nadejdzie karnawał, Wielkanoc i znów wiosna. A wtedy to już nie będzie czasu na wspominanie, a wręcz będzie to czas tworzenia nowych fascynujących wspomnień.
wykop.pl

4 komentarze:

  1. Na kolejny wyjazd proponuję słoneczną Chorwację.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki za propozycję. Zastanawialiśmy się nad Chorwacją. Ale najbardziej pociągają nas wrzosowe, wietrzne wzgórza Szkocji...

    OdpowiedzUsuń
  3. Wakacje w ciepłych krajach, tylko wyłączyć ogrzewanie domu i można się pakować!

    OdpowiedzUsuń
  4. Pompa ciepła jest tanim ogrzewaniem domu. Ja mam i nie mogę narzekać :)

    OdpowiedzUsuń

Reklamy

Dotacje

Jeżeli chcesz finansowo wesprzeć tego bloga, możesz użyć poniższego przycisku.

Programy partnerskie