środa, 25 listopada 2009

Surowce wtórne to nie śmieci

W naszym mieście co kilka miesięcy na przystankach komunikacji miejskiej pojawiają się plakaty propagujące segregację śmieci. Hasła typu "wyrzucaj z głową", "nie śmieć, wstydu oszczędź" czy "sprawdź gdzie dzwony biją" zapadły nam w pamięć. Można pomyśleć, że akcja marketingowa odniosła sukces. Przekaz trafił do nas - czyli do targetu. Problem w tym, że za hasłami szło niewiele wiedzy praktycznej.
Segregujemy śmieci. Bo to przecież takie nowoczesne i ekologiczne. Zawsze można błysnąć w towarzystwie: "A u nas na osiedlu stoją śmietniki do segregacji". I nie dość, że stoją, to jeszcze korzystamy z nich! I pomyśleć, że do tej pory byliśmy przekonani, że wszystko jest w należytym porządku. Że robimy dobrze. Środowisku, sobie i sąsiadom. Ale...
Coś nam jednak w głowach świtało, że coś tu nie gra. Mieliśmy czasem wątpliwości stojąc przed takim pojemnikiem. Czy można wrzucić pudło po pizzy do kontenera na papier? Gdzie wyrzucić kartonik po mleku czy soku? Czy butelkę plastikową zakręcić po zgnieceniu, czy nie? Niby takie proste małe wątpliwości, ale jednak gdzieś tam w podświadomości kiełkują, aż uświadamiamy sobie, że tak naprawdę o tej całej akcji, to my raczej wiemy niewiele.
Dlatego któregoś dnia specjalnie spojrzeliśmy uważniej na jeden z plakatów propagujących segregację. Okazało się, że jest tam zamieszczony link do pewnej strony internetowej. Jak to zwykle bywa z plakatami, link ten był nieaktywny. Należało go skopiować i wkleić do przeglądarki internetowej, bo w żaden sposób nie dało się go kliknąć. Więc skopiowaliśmy go do naszego podręcznego (czy raczej podwłośnego) nośnika informacji, a gdy znaleźliśmy się na powrót w zasięgu klawiatury, skwapliwie wkleiliśmy go w odpowiednie okienko. Niestety, jak to zwykle bywa z tą przestarzałą technologią opartą na biologii, mimo backupu, gdzieś po drodze nastąpiły przekłamania...
Ale już po kilku próbach udało się odtworzyć oryginalny zapis i mogliśmy się zaczytywać wszelakimi pożytecznymi informacjami na stronie Systemu Gospodarki Odpadami.
Już na początku, ku naszemu przeogromnemu zdziwieniu, okazało się, że przez wiele lat żyliśmy w totalnej nieświadomości. Byliśmy błędnie przekonani, że to co, nieudolnie, próbowaliśmy do tej pory segregować to są śmieci. Prawda jest taka, że to nie są śmieci, lecz surowce. I warto sobie ten fakt przyswoić. Te kontenery na surowce wtórne to nie są śmietniki. Nie wolno do nich wrzucać śmieci.
Wyrzucając jedną złą rzecz, np. słoik z resztką dżemu, możesz zniszczyć poprawnie posegregowane surowce wtórne znajdujące się w danym pojemniku.
To co się znajduje w tych pojemnikach to są surowce. Nie odpady! Jeżeli cały proces przebiegnie bez zakłóceń z tych surowców da się coś wyprodukować. I to od nas zależy czy te zakłócenia się nie pojawią.
Kolejną zaskakującą informacją jest to, że mieszkańcy naszego miasta produkują średnio 5 i pół kilograma odpadów tygodniowo. To rocznie daje ponad dwieście tysięcy ton. To jest niewyobrażalna ilość! A prawda jest taka, że część z tego co wyrzucamy mogłoby z powodzeniem awansować z roli śmieci do rangi surowców. Powinniśmy tylko wiedzieć jak to osiągnąć.
Dlatego polecamy stronę Eko Centrum nawet jeżeli mieszkacie w innym mieście, informacje tu zawarte mogą być przydatne. Szczególnie zapraszamy do zapoznania się z działem Porady, gdzie znajdziecie mnóstwo informacji, dzięki którym naprawdę można zabłysnąć w towarzystwie. Jak zmniejszyć ilość wytwarzanych odpadów. Dlaczego nie zawsze kupowanie większych opakowań się opłaca. Gdzie wrzucać tetrapaki. Oraz wiele innych. I pamiętajcie - jeżeli chcecie segregować to róbcie to z głową, bo łatwo jednym niewypłukanym słoikiem po dżemie zniweczyć pracę kilkudziesięciu osób, które również korzystają z tego samego gniazda.

wykop.pl

środa, 18 listopada 2009

Internet jest po naszej stronie

W natłoku obowiązków związanych z opieką i wychowaniem pofpolów, niezmiernie trudno jest znaleźć czas na realizację własnych marzeń. Nie pozostajemy jednak bezczynni i każdą (jedyną) wolną chwilę tygodnia spędzamy na przekopywaniu serwisów ogłoszeniowych. Jak na razie bez widocznych rezultatów, choć nie ustajemy w poszukiwaniach.

wykop.pl

wtorek, 27 października 2009

Tatowe inwestowanie w edukację

Ta decyzja dojrzewała w Tacie już od kilku dziesięcioleci. Dojrzewała długo. Może nawet bardzo długo. Wielu powie, że za długo. Niemniej jednak pewnego lipcowego dnia ujrzała światło dzienne. Zdarzenie to miało miejsce na progu pewnej instytucji.
Wielu z Was zadaje sobie zapewne pytanie, co się działo z nami podczas tych kilku późnowiosenno-letnio-wczesnojesiennych miesięcy. Nie odzywaliśmy się ani słowem do Was. Wielu z Was mogło wręcz poczuć się urażonych. Inni podejrzewali, że wystrychnęliśmy wszystkich na dudka i zrealizowaliśmy swój cel, nic nikomu nie mówiąc. Jeszcze inni myśleli, że trzej bandyci napadli na bank, i wzięli nas na zakładników. Ścigała nas cała policja. Zdołaliśmy uciec ale doszło do wypadku. Gdy odzyskaliśmy świadomość nie pamiętaliśmy niczego. Zabrał nas były więzień, sądząc, że jesteśmy zbiegami. Ukrył nas w kontenerze na statku do Stambułu. Tam trafiliśmy na Afgańczyków, z którymi mieliśmy jechać, wykraść rosyjskie głowice nuklearne. Ale nasz wóz wpadł na minę na granicy z Tadżykistanem. Przeżyliśmy, przygarnięci w górskiej wiosce i staliśmy się mudżahedinami. I ci, którzy tak pomyśleli, przestali czytać naszego bloga sądząc, że będziemy teraz przez resztę życia jeść barszcz w durnych czapeczkach...
Tak czy inaczej, chcielibyśmy uchylić rąbka tajemnicy i opowiedzieć o tym, co jedno z nas, w tym przypadku, Tata, porabiało w tym czasie. Dalsze uchylanie rąbka o pozostałych członkach Rodzinki będzie miało miejsce w następnych wpisach, więc nie odchodźcie od odbiorników. Wracając do Taty. Jak zapewne wszyscy wiedzą, najlepszą inwestycją pod słońcem jest inwestycja we własną edukację. Tak samo myśli Tata. A ucieleśnienie tej myśli nastąpiło właśnie owego dnia lipcowego, na progu pewnej szkoły.
Najpierw jednak miały miejsce pewne podchody. Na forum w pracy Tata mimochodem rzucił pytanie, czy ktoś zna, ewentualnie mógłby polecić jakąś dobrą szkołę, gdzie jest wykwalifikowana kadra. Z czeluści internetowego forum odezwał się nierówny i niemrawy chórek głosów, mówiących, że i owszem coś tam słyszeli, że córka jednego skończyła tę, a siostrzeniec innego chodzi do tej, natomiast wnuczek kogoś tam ma zamiar iść do tej, ale generalnie, to żadnych konkretów nie znają bo oni osobiście, pokończyli szkoły w zeszłym milenium.
Uzbrojony w tę wątłą wiedzę, wspierany kilkoma zapytaniami do pewnej popularnej wyszukiwarki internetowej, Tata przystąpił do wybierania szkoły. Wybrał tę, która była najbliżej.
I tak oto, nastał ten dzień lipcowy i Tata stanął na progu. Na progu Szkoły. A właściwie to Ośrodka. A konkretniej, to Ośrodka Szkolenia Kierowców.
Zaskoczeni? To wyobraźcie sobie, jak zaskoczony był Tata! Ni stąd ni zowąd zasiadł w szkolnej ławie i choć decyzja dojrzewała w nim już dość długo, to i tak chyba do tej pory się z nią nie oswoił i raczej traktował ją jak pasożyta niż jak protokooperanta.
Na szczęście siedzenie w ławach szybko się skończyło, a na nieszczęście zaczęło się siedzenie za kierownicą. Tata grzecznie posiedział kolejne 30 godzin, wykonując wszystkie polecenia, które wypowiadał instruktor. Warto zauważyć, że często wykonywał je poprawnie i tylko czasem, podczas jazdy przez bardziej ruchliwe skrzyżowania, zasłaniał oczy dłońmi.
Przyjemność uczestniczenia w takim kursie kosztowała około 23,4% naszych miesięcznych dochodów. Ale wszystko było w porządku. Na koniec rachunek się zgadzał. Została do wyjeżdżenia jeszcze tylko jedna godzina. Nie wiedzieć czemu, płatna ekstra - 132zł, poprzedzona jakimś kwizem komputerowym. Tak naprawdę, to nawet miała być niepełna godzina. Maksymalnie 45 minut. A może nawet 25? Co prawda tego właśnie dnia spadł pierwszy śnieg. Ale przecież to nie powinien być żaden problem, nawet dla kogoś, kto zawsze jeździł przy bezchmurnym niebie. Naprawdę wszystko szło dobrze, aż do chwili, gdy pan egzaminator kategorycznie zażądał, oddania mu kierownicy. Wtedy okazało się, że Tata ma jednak jeszcze jedną super płatną godzinę jazd przed sobą. Tym razem trochę taniej, bo tylko 112zł, ale za to już bez zabawy w "Milionerów".
To właśnie robił Tata, gdy nie pisał wpisów na blogu. Inwestował. I nadal inwestuje. Będziemy Was na bieżąco informować, czy inwestycja ta przyniesie kiedykolwiek jakiekolwiek korzyści.
Hasło do niezapomnienia: Jedźcie bezpiecznie! I nigdy nie wymuszajcie pierwszeństwa na innych uczestnikach ruchu. Szczególnie podczas opadów śniegu. A już na pewno nie wtedy, gdy obok was siedzi pan, od którego zależy, na co wydacie kolejne 112zł.

wykop.pl

sobota, 24 października 2009

Kocie wakacje

Nasza kotka spędziła sporą część wakacji w domu. Ale nie w naszym domu, tylko w sensie domu wolno stojącego w przeciwieństwie do miejsca, w którym zazwyczaj mieszka czyli mieszkania.
Wyjeżdżaliśmy, jak zwykle w okresie wakacyjnym, w kilka miejsc, ale tym razem stwierdziliśmy, że nie damy rady zabrać jej ze sobą. Do tej pory zazwyczaj jeździła z nami, ale teraz, gdy nasza rodzinka się powiększyła, sami ledwo się pakujemy do naszego bolidu, a i tak, żeby Mama mogła zmieniać bieg, Tata musi przekładać wanienkę nad głową. Poza tym długie podróże naszej kotce nie służą. Skutkiem tego wylądowała na przechowaniu.
Będąc na wpół wolna (mogła sobie hasać po ogródku i po całej okolicy niczym kucyk z krainy tęczy) udowodniła, że mimo wieloletniego przetrzymywania w czterech ścianach mieszkań wszelkiej maści, nie zatraciła swoich instynktów łowieckich. Nie dość, że przytyła pokaźnie, to jeszcze przynosiła co jakiś czas do domu różnorakie świeżo-upolowane zwłoki, dziękując tym samym za dobre traktowanie i możliwość hasania. I w ten sposób po raz kolejny udowodniła, że ma jeszcze wiele tajemnic, o których istnienie nawet byśmy jej nie podejrzewali.
Tymczasem możecie sobie obejrzeć kolejny odcinek przygód kota Simona. I tutaj uwaga - nie chodzi o to, że kot ma na imię Simon. Chodzi o to, że właścicielem kota jest Simon. Może lepiej napisać Simonowego kota? Tak, czy inaczej filmik pokazuje między innymi jak kot zachowuje się, gdy jest wdzięczny.


A tu coś dla fanów przygód tego miłego kociaka.
Kot Simona. Sam o sobie

wykop.pl

czwartek, 22 października 2009

Nagonka na "Rodzinę na swoim"

Ostatnio w jednej z internetowych gazet często czytanych przez Tatę pojawiło się kilka artykułów na temat "kredytów z dopłatą". Niby nic ciekawego, bo przecież kredyty te są bardzo popularne, ale zastanawiające jest, że artykuły te mają dość negatywny wydźwięk a ich autorzy raczej przestrzegają przed braniem tego typu kredytów.
Co mamy sobie myśleć, gdy czytamy takie nagłówki:
Uwaga na miny w Rodzinie na Swoim
"Rodzina na swoim" droższa niż zwykły kredyt
Kredyt z dopłatą może okazać się droższy od walutowego
Jest kilka możliwych wytłumaczeń. Być może ktoś "na górze" zdecydował, że pomysł z dopłatami cieszy się zbyt dużą popularnością i, co za tym idzie, kosztuje za dużo. A przecież mamy szybkorosnącą dziurę budżetową... Więc "poprosił" dziennikarzy o parę słów dla uspokojenia tej gorączki.
Inna możliwość to taka, że banki przy okazji rzeczywiście próbują nas oskubać z ciężko zarobionego grosza. Bo to, że państwo dorzuci się do naszej raty, można wykorzystać - umiejętnie tę ratę zwiększając. W ten sposób, nie dość, że my będziemy zadowoleni, bo przecież czujemy, że płacimy mniej niż za normalny kredyt, to jeszcze bank będzie zadowolony, bo dostanie więcej niż za normalny kredyt.
A może po prostu dziennikarze i analitycy wzięli do ręki kalkulatory i policzyli że, kredyt z dopłatą jest tańszy w porównaniu do takiego samego kredytu bez dopłaty. Tylko, że to nie nadaje się za bardzo na newsa, bo jak wiadomo złe wiadomości sprzedają się lepiej. Ale można przecież porównać ten kredyt do innego kredytu. Weźmy na ten przykład najdroższy możliwy kredyt z "Rodziną..." i najtańszy możliwy kredyt bez "Rodziny...", albo nawet dorzućmy jeszcze kredyty walutowe i co widać? Ano widać jak na dłoni, że trzeba uważać.
No właśnie, to jest chyba najważniejszy wniosek po lekturze tych artykułów. To prawda, że są droższe i tańsze kredyty, to prawda, że są kredyty złotówkowe i walutowe, to prawda, że są mieszkania o różnych metrażach, to prawda, że są różne banki z różną polityką udzielania kredytów, to prawda że dopłaty do kredytu nie są obowiązkowe. I trzeba o tych wszystkich prawdach pamiętać. Bo każdy z tych czynników ma wpływ na wysokość rat. Jeżeli nie chcemy przepłacać, trzeba koniecznie wykonać kilka obliczeń. Dlatego jak już będziemy mieć konkretne mieszkanko na oku, to złapiemy kalkulatory i arkusze kalkulacyjne w dłoń i wyruszymy w rajd po bankach w poszukiwaniu takiego, który da nam najwięcej i zabierze najmniej.
A pomóc w tym mogą na przykład takie zestawienia:
Gdzie po kredyt Rodzina na Swoim
Ale pamiętajcie - pomóc, a nie zastąpić. Nie pozwólmy gazetom decydować za nas, jaki kredyt jest dla nas najlepszy i na co mamy przeznaczać nasze pieniądze.
A jakie Wy macie wrażenia po przeczytaniu tych artykułów?

wykop.pl

niedziela, 11 października 2009

Pomysłowy Bomblomil

Jesień już przyszła. Widać to gołym okiem za oknem. O ile jeszcze przedwczoraj dało się wyjść na zewnątrz, zebrać kiść żółtych, brunatnych, czerwonych, bordowych i brązowych liści, zapakować je pod antyramkę oraz do szklanego wazonu, o tyle wczoraj taka sztuka nam się nie udała. Po 148 metrach, mokrzy i zmarznięci zawróciliśmy do domu. Tam, patrząc za okno, stwierdziliśmy bezapelacyjnie, że jesień już tu jest.
Zanim zaczniecie czytać dalej - ostrzeżenie. Ten wpis jest dedykowany głównie rodzicom dzieci w wieku głównie przedprzedszkolnym lub wczesnoprzedszkolnym. Być może znajdą tu jeszcze coś dla siebie faceci, którzy zawsze mają w sobie małe dziecko. Tacy jak Tata. Reszta, poza oczywistą przyjemnością obcowania ze słowem pisanym, nie znajdzie poniżej nic interesującego.
I w ten zawoalowany i jakże płynny sposób, łącząc powyższe dwa akapity, dochodzimy do tematu dzisiejszych rozważań. Czyli dzieci podczas jesieni. Jak wiadomo dzieci plus jesień to niekończące się pasmo błota prowadzące od drzwi wejściowych do każdego zakamarka mieszkania. Do tego koniecznie trzeba doliczyć również mokre ubrania, wodę w kaloszach, wodę w kieszeniach, wodę w kapturze, zmarznięte ręce, zmarznięte nogi, gorące czoło, katar, kaszel itd. itp.
Z drugiej strony, można dziecka nie wypuszczać z domu. Pomysł tylko z pozoru lepszy, bo, jak wiadomo, dziecko w domu, to dziecko, które wcześniej, czy później zaczyna się nudzić. A mieć nudzące się dziecko w domu to tak, jakby brać udział w filmie grozy. Pojawia się napięcie, które stopniowo narasta do granic wytrzymałości. I już po minucie można być pewnym, że zaraz coś się wydarzy. I to na pewno coś złego. Sami sprawdźcie, ile macie w domu noży, nożyczek, plastikowych torebek, sznurków, kabli pod napięciem, urządzeń elektrycznych, gniazdek, szklanek pełnych wrzątku, szklanych termometrów rtęciowych. A przecież przed nudzącym się dzieckiem nic nie da się ukryć...
Dlatego poniżej przygotowaliśmy kilka porad, co można wspólnie z dzieckiem robić w czasie, gdy wyjście na powietrze grozi poczuciem dyskomfortu, tak abyśmy wszyscy mieli przy tym odrobinę zabawy. Potrzebne będą flamastry, kartki, nożyczki, taśma klejąca, klej, jakieś śmieci, młotek, gwoździe, śrubokręt, kombinerki, wiertarka, woltomierz, zwój drutu, lutownica, plastry i bandaże. Lepsza jest też gaza jałowa niż wata lub lignina, ale o tym w którymś z następnych wpisów...
Warto mieć powyższe przybory przygotowane gdzieś w niedostępnym dla dzieci miejscu. Najlepiej do tego nadaje się inny budynek. Ewentualnie piwnica. Czasem wystarczy szafka. Koniecznie zamykana na klucz. A klucz schowany w niedostępnym dla dzieci miejscu. Najlepiej w innym budynku...
Przydałoby się również zajrzeć do archiwum, obejrzeć "Pomysłowego Dobromira", "MacGyvera", "Adama Słodowego" i poczytać "Bawię się budując modele". Dalej znajdziecie kilka zrealizowanych pomysłów związanych głównie, nie wiadomo czemu, z lataniem, które, jak do tej pory skutecznie wprowadzaliśmy w życie i które, jak do tej pory, pozwalały na kilka godzin zapomnieć o istnieniu Starszego Brata i Taty.
Po pierwsze, samolociki z papieru. Hit nieustający. Proste, łatwe i przyjemne w wykonaniu. Przy odrobinie szczęścia zabawa na kilka dni. Samolociki można pokolorować, albo powyklejać. Jak się znudzą, można je polać wodą i zrobić z nich wielką, mokrą kulę z papieru o nieznanych zastosowaniach.
Kontynuując temat, samolot, dużo większy, można zrobić z dużego kartonowego pudełka po stole z IKEI. Karton trzeba odpowiednio pociąć i posklejać taśmą. Najlepiej, jeżeli samolot jest wystarczająco duży, żeby mały się do niego zmieścił. Trochę zabawy przy tym jest. Można w podłodze zrobić dziurę i przymocować paski, pełniące rolę szelek. Strój na Halloween jak się patrzy, pod warunkiem dorysowania po bokach płomieni i skaczących ludzików.
Kawałek torebki foliowej, nitki i lekki ciężarek wystarczą aby mieć wolno opadający spadochron.
Natomiast stary flamaster, gumka do włosów, drucik i nieśmiertelna taśma klejąca po odpowiednich machinacjach przerodzą się w latający helikopter.
Jak ktoś nie lubi podniebnych wojaży, może ze starej, drewnianej, ikeowskiej suszarki do naczyń zrobić półmetrowej wysokości dźwig. Wystarczy dodać korbkę, sznurek i haczyk i dziecko mamy z głowy na wiele godzin.
Zabawa w kąpieli, mimo, że również grozi zamoczeniem, bądź wręcz zalaniem całej łazienki, może być bardziej interesująca, gdy zamiast wody lejącej się z kranu, pokażemy dzieciakom, jak działa zasada naczyń połączonych. Wystarczy umieścić gdzieś wyżej pojemnik z wodą i włożyć do niego jeden koniec rurki wyrwanej z wozu strażackiego. Drugi koniec trzymamy poniżej lustra wody. Po zassaniu, woda będzie sama wypływać z wyższego pojemnika. Należy jednak zwrócić uwagę, gdzie nasza pociecha kieruje drugi koniec węża. W naszym przypadku, zupełnie niespodziewanie, w zasięgu dziecka siedzącego w wannie znalazł się kosz z praniem. Dlatego zwróćcie koniecznie uwagę na wszelkie przedmioty, które chcielibyście zachować w stanie suchym, znajdujące się w promieniu czterech metrów od epicentrum.
Oczywiście, do zabawy można również użyć telewizora, książeczek, kolorowanek, wycinanek, samochodzików, klocków, migających i wyjących zabawek, pociągów z torami pod górę, plasteliny, modeliny, ciastoliny i czego sobie tylko zażyczymy i co tylko znajdziemy w sklepie z zabawkami. Ale prawda jest taka, że to właśnie te zabawki, które same zrobimy cieszyć będą najbardziej. Może niekoniecznie nasze dzieci, ale na pewno nas.
A jakie Wy macie pomysły na jesienne zabawy z dziećmi? Tata przebąkuje ostatnio coś o latającym modelu samolotu na baterie. Już nawet zakupił lutownicę i wymontował silniczki i kabelki z kolejki i autka...

wykop.pl

sobota, 10 października 2009

Pierwsze dni z nowymi limitami

Nowy limit w programie Rodzina na swoim, ten, który nas najbardziej interesuje - krakowski, wygląda bardzo interesująco. Pomalutku się z nim oswajamy, badamy go z każdej strony i ostrożnie głaszczemy. Nie jest do nas jakoś szczególnie bojowo nastawiony, więc nawet spanie z nim w tym samym pokoju nas nie niepokoi. A ponieważ pojawił się w naszym życiu tak niespodziewanie, koniecznie musieliśmy się z tym przespać. Nie obawiamy się, że w nocy, pod osłoną ciemności rzuci się na nas z zębami. Właściwie, to jest taki dość milutki i łasi się niemiłosiernie. Ale ciągle jeszcze nie wiemy, czy jest mały, ale wygląda na duży, czy wręcz przeciwnie, jest ogromny, ale nam się wydaje za mały...
Pierwsza nasza reakcja, gdy go zobaczyliśmy, to hurraoptymistyczne i całkiem niezależnie przez Tatę i Mamę wykonane rzucenie się na serwisy internetowe oferujące mieszkania na wszystkich dwu rynkach. Ale po kilku dniach, gdy emocje lekko opadły, zauważyliśmy, ze zgrozą, że wcale tak cudownie nie jest i tak naprawdę to te mieszkania nam się zwyczajnie nie podobają. Musimy jednak ochłonąć i przeanalizować całą tę sytuację na zimno.
Wygląda to jednak tak, że mamy naprawdę mało czasu aby zająć się tym intensywniej. Dwójka dzieciaczków daje nam w kość na trzy zmiany. Jak Tata w pracy, to Mama ugania się za obojgiem. Gdy Tata wraca, oboje z Mamą uganiają się za obojgiem. Jak Mama śpi, to Tata się ugania za obojgiem. A jak Tata śpi, to tak chrapie, że się sąsiedzi budzą. Wiecznie zmęczeni i niewyspani, ale za to szczęśliwi. No bo przecież Mała ma dwa nowe zęby, o czym zawiadamia nieustannie przez ostatnich kilka tygodni, a Starszy Brat potrafi policzyć do dziesięciu: "raz, dwa, pięć!". A na dodatek wszyscy uwielbiamy naszą Fasolę. Tata uwielbia jak o 2 rano zgłasza intensywnym miauczeniem, że ma ochotę na małe co nieco, Mama uwielbia jak o każdej porze dnia i nocy tępi pazurki na każdym skrawku materiału w jej zasięgu, Mała uwielbia trzymać ją za ogon tak mocno, że aż chrupie, a Starszy Brat uwielbia ją całym sobą do podłogi.
Wracając do mieszkania, to już niedługo zasiądziemy do poważnej rozmowy i podejmiemy jakieś decyzje. Dość tego leniuchowania!
A propos leniuchowania, napiszcie, jaki Wy macie stosunek do nowych poziomów cen za metr kwadratowy? Wpływa to jakoś na Was i wasze życie, czy raczej nie?

wykop.pl

piątek, 2 października 2009

Po wakacjach

Jak już wszyscy wiecie, wakacje w tym roku się skończyły. Może niekoniecznie dla wszystkich, ale na pewno dla kogoś. Uczniowie zasiedli w ławach szkolnych już kilka tygodni temu. Przed chwilą dołączyli do nich studenci. Pozostała część społeczeństwa skazywana jest właśnie na jesień. Jak do tej pory przebiega to dość delikatnie (idealnie pasuje tu określenie "złota polska") i poza przejmującym mrozem nic właściwie nie wskazuje na to, że lata już z nami nie ma.

Wracając do myśli przewodniej tego bloga, zapewne wielu z Was zadaje sobie pytanie, co tak naprawdę robiliśmy przez ostatnie kilka miesięcy. Zarówno związanego z naszym wymarzonym mieszkaniem jak również całkiem z nim nie związanego. Prawda jest taka, że gdyby ktoś z Was miał chęć zapytać nas o to pierwsze wprost, nasz dialog wyglądałby zapewne jakoś tak:
- Hej! Co tak naprawdę robiliście przez ostatnie kilka miesięcy w sprawie waszego wymarzonego mieszkania?
- Nic.

Tak, trudno w to uwierzyć, ale tak właśnie ten dialog musiałby wyglądać. Ale nic straconego, dajemy Wam jeszcze jedną szansę:
- Może chociaż oglądaliście jakieś mieszkania?
- Nie.
- Może chociaż przeglądaliście ogłoszenia w prasie albo w internecie?
- Nie.
- No to może rozmawialiście z jakimiś przedstawicielami banków, deweloperów, dostawców dywanów?
- Nie.
- Artykuły w gazetach?
- Nie.
- Ogłoszenia na słupach?
- Nie.
- Jakieś małe targi mieszkaniowe?
- Nie.
- Czyli nic nie zrobiliście?
- Nic.

Taka jest prawda i musicie się z nią oswoić. My się oswoiliśmy i bijemy się oczywiście nogami w piersi i zarzekamy się, że to się już nigdy nie powtórzy, że będziemy pamiętać, że następnym razem będziemy już grzeczni. Niczym trzyipółlatek przyłapany z jedną nogą na stole kuchennym z miseczką po rosole w jednym ręku, trzymający drugą ręką kota, wbitego pazurami w lodówkę, za ogon i krzyczący: "Ale ja cię lubiem koteczku!"... Żeby nie było wątpliwości, rosół wraz z makaronem (wolicie określenie makaron czy kluski?) zalega na każdej powierzchni, która zapewne i bez tej dodatkowej warstwy idealnie by się nadawała do poślizgnięcia się na niej. To jest niesamowite, że dziecku w pewnym wieku potrzeba tylko dwóch punktów oparcia dla zachowania równowagi. Na przykład stopy w mokrej skarpetce na krawędzi śliskiego stołu i ogona kota zwisającego skądinąd.
Wracając do tematu. Pozostaje jeszcze pytanie o to, co wobec tego robiliśmy w tym letnim czasie? Odpowiedź prawdopodobnie pojawi się kiedyś na łamach tego bloga, więc zaglądajcie co jakiś czas, bo naprawdę będzie o czym czytać!
A teraz to co najważniejsze. My się przyznaliśmy do naszej bezproduktywności. Pytanie, co Wy zrobiliście mając do dyspozycji tyle wolnego czasu? I niech nasza historia nie będzie dla Was żadnym usprawiedliwieniem!

wykop.pl

czwartek, 1 października 2009

Nowe wskaźniki w IV kwartale 2009 dla Rodziny na swoim

Jest już oficjalna informacja na stronach Banku Gospodarstwa Krajowego o średnich wskaźnikach przeliczeniowych kosztu odtworzenia 1 m2 powierzchni użytkowej budynków mieszkalnych obowiązujących w czwartym kwartale 2009 roku. Z tej strony można pobrać ten dokument, gdzie jest napisane, że średnich wskaźnikach przeliczeniowych kosztu odtworzenia 1 m2 powierzchni użytkowej budynków mieszkalnych w Krakowie, czyli informacja, która wciąż (mimo, że nie informowaliśmy Was o tym już od dłuższego czasu) nas najbardziej interesuje, to 6055zł.

Widać więc wyraźny wzrost z poziomu 534,30zł. Zmianie uległa również wartość stopy referencyjnej stanowiącej podstawę ustalenia wysokości dopłat do procentowania kredytów preferencyjnych do poziomu 6,20%. Spadek ten jest spowodowany spadkiem trzymiesięcznego wskaźnika WIBOR, który stanowi podstawę do ustalania wysokości tej stopy.

Co to tym razem dla nas oznacza?

Po pierwsze, Kraków jest już mniej inny. Co prawda wciąż odstaje od Poznania, Wrocławia, Warszawy, Bydgoszczy, Torunia, Olsztyna, ale udało mu się dogonić Łódź. Co prawda ceny mieszkań w Krakowie również odstają od cen w większości miast, ale w drugą stronę...

Po drugie, wygląda na to, że deweloperzy postawili na swoim i nie zmniejszając cen w okresie wakacyjnym, udało im się osiągnąć ceny mieszkań które teraz czasem wpadają pod ten nowy limit.

Po trzecie, konieczność poprawienia domyślnych wartości w naszym kalkulatorze, co niniejszym uczyniliśmy.

Ciąg dalszy nastąpi. Rozpoczęcie nowego roku akademickiego zobowiązuje. Czas rozpakować walizki i powrócić z realnych wakacji do pracy nad wymarzonym mieszkaniem.

wykop.pl

wtorek, 5 maja 2009

A jak już będziemy mieć mieszkanie, to wtedy co?

Rachunki, rachunki, rachunki...
Taki na przykład rachunek za prąd. Niby prosta sprawa - przychodzi, my go bierzemy, zanosimy do odpowiedniego okienka i opłacamy. Normalnie jak w bajce, jak w jakimś idealnym, naoliwionym mechanizmie. No po prostu żyć i nie umierać. Tylko, czy aby na pewno?

Jakiś czas temu, przy okazji jednej z podwyżek cen energii elektrycznej trafił się nam taki interesujący artykuł: Dostałeś rachunek za prąd to zobacz za co naprawdę płacisz. Po jego lekturze można stwierdzić, że to co popularnie nazywamy rachunkiem za prąd, tak naprawdę z prądem ma mniej wspólnego niż myśleliśmy.

Z tytułu posta można by wywnioskować, że w tej chwili nie mamy tej wątpliwej przyjemności opłacania rachunku za prąd i czekamy z możliwością skorzystania z niej aż do chwili nabycia mieszkania. Otóż nic bardziej mylnego. Tak się składa, że obecna umowa wynajmu lokalu, w którym zamieszkujemy nakłada na nas obowiązek uiszczania takich właśnie opłat. Tak się złożyło, że kilka dni temu dostaliśmy nowe rozliczenie za poprzednie pół roku i przy tej okazji obejrzeliśmy dokładnie fakturę wystawioną przez naszego dostawcę energii. I co? Rzeczywiście, to co wcześniej wyczytaliśmy z powyższego artykułu jest prawdą. Na fakturze osobno wymienione są pozycje:
  • Energia elektryczna
  • Opłata jakościowa
  • Opłata dystrybucyjna zmienna
  • Opłata przejściowa
  • Opłata dystrybucyjna stała
  • Opłata abonamentowa

Na dodatek, po podliczeniu sum dla poszczególnych miesięcy okazało się, że energia elektryczna to tak naprawdę zaledwie 49,1% kwoty, którą za cały ten okres zapłaciliśmy. A reszta? Reszta to właśnie opłaty. Najśmieszniejsza z nich to opłata jakościowa, która w naszym wypadku to trochę ponad 2 złote miesięcznie. Jest to "opłata zmienna, która pokrywa koszty utrzymania równowagi systemu elektroenergetycznego". Aż strach pomyśleć o jaką równowagę tu chodzi, może ta równowaga jest bardzo istotna i jej zaburzenie mogłoby wywołać jakąś katastrofalną reakcję łańcuchową? W takiej sytuacji te 2 złote, to chyba nie jest wygórowana cena.

Tymczasem liczyliśmy dalej i wyszło nam, że zużywamy 168,8 kilowatogodzin energii elektrycznej miesięcznie i to w miesiącach zimowych, o ile można je tak nazwać. Czy to dużo, czy mało? Jeżeli policzymy, że jest to tyle, co zużyłyby 4 żarówki 60 watowe, działając dzień i noc przez miesiąc, to wygląda na to, że mało. Dodatkowo, według tego źródła przeciętna czteroosobowa rodzina zużywa 4500 kilowatogodzin energii elektrycznej rocznie, podczas gdy nasza czteroosobowa rodzinka zaledwie odrobinę ponad 2000. Może to dlatego, że czteroosobową rodziną zostaliśmy stosunkowo niedawno, choć prawda jest taka, że przy malutkim dzidziusiu jednak częściej robi się pranie. Nawiasem pisząc, w powyższym artykule jest kilka porad, jak zrobić aby tej energii zużywać jeszcze mniej.

Wychodzi na to, że i bez szczególnego oszczędzania (no może poza tym, że nie mamy telewizora, choć z drugiej strony używamy nie najnowszej a co za tym idzie zapewne niezbyt energooszczędnej kuchni elektrycznej) nie zużywamy dużo energii a moglibyśmy zużywać jeszcze mniej, gdybyśmy nie prali, nie gotowali i siedzieli po ciemku. Wniosek jest taki, że mamy jeszcze jakieś pewne pole do manewru. A na razie nie pozostaje nam nic innego jak wziąć rachunek, zanieść go w odpowiednie miejsce i zrobić z nim to co należy.

Ciekawe jak to wygląda u Was? Czytaliście kiedyś swoje faktury? Zastanawialiście się za co tak naprawdę płacicie? Czy Wy też zużywacie tak zadziwiająco mało prądu i płacicie tak dużo dziwnych opłat?

wykop.pl