Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oszczędzanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oszczędzanie. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 listopada 2009

Surowce wtórne to nie śmieci

W naszym mieście co kilka miesięcy na przystankach komunikacji miejskiej pojawiają się plakaty propagujące segregację śmieci. Hasła typu "wyrzucaj z głową", "nie śmieć, wstydu oszczędź" czy "sprawdź gdzie dzwony biją" zapadły nam w pamięć. Można pomyśleć, że akcja marketingowa odniosła sukces. Przekaz trafił do nas - czyli do targetu. Problem w tym, że za hasłami szło niewiele wiedzy praktycznej.

niedziela, 11 października 2009

Pomysłowy Bomblomil

Jesień już przyszła. Widać to gołym okiem za oknem. O ile jeszcze przedwczoraj dało się wyjść na zewnątrz, zebrać kiść żółtych, brunatnych, czerwonych, bordowych i brązowych liści, zapakować je pod antyramkę oraz do szklanego wazonu, o tyle wczoraj taka sztuka nam się nie udała. Po 148 metrach, mokrzy i zmarznięci zawróciliśmy do domu. Tam, patrząc za okno, stwierdziliśmy bezapelacyjnie, że jesień już tu jest.

wtorek, 5 maja 2009

A jak już będziemy mieć mieszkanie, to wtedy co?

Rachunki, rachunki, rachunki...
Taki na przykład rachunek za prąd. Niby prosta sprawa - przychodzi, my go bierzemy, zanosimy do odpowiedniego okienka i opłacamy. Normalnie jak w bajce, jak w jakimś idealnym, naoliwionym mechanizmie. No po prostu żyć i nie umierać. Tylko, czy aby na pewno?

Jakiś czas temu, przy okazji jednej z podwyżek cen energii elektrycznej trafił się nam taki interesujący artykuł: Dostałeś rachunek za prąd to zobacz za co naprawdę płacisz. Po jego lekturze można stwierdzić, że to co popularnie nazywamy rachunkiem za prąd, tak naprawdę z prądem ma mniej wspólnego niż myśleliśmy.

Z tytułu posta można by wywnioskować, że w tej chwili nie mamy tej wątpliwej przyjemności opłacania rachunku za prąd i czekamy z możliwością skorzystania z niej aż do chwili nabycia mieszkania. Otóż nic bardziej mylnego. Tak się składa, że obecna umowa wynajmu lokalu, w którym zamieszkujemy nakłada na nas obowiązek uiszczania takich właśnie opłat. Tak się złożyło, że kilka dni temu dostaliśmy nowe rozliczenie za poprzednie pół roku i przy tej okazji obejrzeliśmy dokładnie fakturę wystawioną przez naszego dostawcę energii. I co? Rzeczywiście, to co wcześniej wyczytaliśmy z powyższego artykułu jest prawdą. Na fakturze osobno wymienione są pozycje:
  • Energia elektryczna
  • Opłata jakościowa
  • Opłata dystrybucyjna zmienna
  • Opłata przejściowa
  • Opłata dystrybucyjna stała
  • Opłata abonamentowa

Na dodatek, po podliczeniu sum dla poszczególnych miesięcy okazało się, że energia elektryczna to tak naprawdę zaledwie 49,1% kwoty, którą za cały ten okres zapłaciliśmy. A reszta? Reszta to właśnie opłaty. Najśmieszniejsza z nich to opłata jakościowa, która w naszym wypadku to trochę ponad 2 złote miesięcznie. Jest to "opłata zmienna, która pokrywa koszty utrzymania równowagi systemu elektroenergetycznego". Aż strach pomyśleć o jaką równowagę tu chodzi, może ta równowaga jest bardzo istotna i jej zaburzenie mogłoby wywołać jakąś katastrofalną reakcję łańcuchową? W takiej sytuacji te 2 złote, to chyba nie jest wygórowana cena.

Tymczasem liczyliśmy dalej i wyszło nam, że zużywamy 168,8 kilowatogodzin energii elektrycznej miesięcznie i to w miesiącach zimowych, o ile można je tak nazwać. Czy to dużo, czy mało? Jeżeli policzymy, że jest to tyle, co zużyłyby 4 żarówki 60 watowe, działając dzień i noc przez miesiąc, to wygląda na to, że mało. Dodatkowo, według tego źródła przeciętna czteroosobowa rodzina zużywa 4500 kilowatogodzin energii elektrycznej rocznie, podczas gdy nasza czteroosobowa rodzinka zaledwie odrobinę ponad 2000. Może to dlatego, że czteroosobową rodziną zostaliśmy stosunkowo niedawno, choć prawda jest taka, że przy malutkim dzidziusiu jednak częściej robi się pranie. Nawiasem pisząc, w powyższym artykule jest kilka porad, jak zrobić aby tej energii zużywać jeszcze mniej.

Wychodzi na to, że i bez szczególnego oszczędzania (no może poza tym, że nie mamy telewizora, choć z drugiej strony używamy nie najnowszej a co za tym idzie zapewne niezbyt energooszczędnej kuchni elektrycznej) nie zużywamy dużo energii a moglibyśmy zużywać jeszcze mniej, gdybyśmy nie prali, nie gotowali i siedzieli po ciemku. Wniosek jest taki, że mamy jeszcze jakieś pewne pole do manewru. A na razie nie pozostaje nam nic innego jak wziąć rachunek, zanieść go w odpowiednie miejsce i zrobić z nim to co należy.

Ciekawe jak to wygląda u Was? Czytaliście kiedyś swoje faktury? Zastanawialiście się za co tak naprawdę płacicie? Czy Wy też zużywacie tak zadziwiająco mało prądu i płacicie tak dużo dziwnych opłat?

środa, 8 kwietnia 2009

Spłaciliśmy kartę kredytową

Jakoś umknęła ta informacja w natłoku wielu innych i, pozornie nieistotna, nie pojawiła się w poprzednich wpisach, mimo, że już kilka dni od tego faktu minęło. Jej nieistotność rzeczywiście jest pozorna, bo okazuje się, że żeby dostać kredyt na jakąś astronomiczną kwotę celem zakupienia czegoś idealnego, jak dowiedział się dziś Tata w jednym z banków, musimy wykazać się brakiem zobowiązań finansowych w stosunku do innych banków. Nie jest to oczywiście jedyny warunek, inne to na przykład ukrycie wydatków na samochód, wliczenie premii do wypłaty, załatwienie rozdzielności majątkowej i obowiązkowo spłata rozłożona na pół tysiąca rat.

Wracając do karty. O tym, że warto zrobić wpis o pozbyciu się tego obciążenia, przypomniał nam AppFunds na swoim blogu. Bo nie chodzi tu bynajmniej o taką zwykłą spłatę. To coś więcej. To jest spłata bez konieczności zaciągania kolejnego kredytu. Jak wszyscy wiemy, karty kredytowe dają nam możliwość pożyczenia od banku pieniędzy na pewien procent. Inaczej nie nazywałaby się "kredytowa". Jest to oczywiście bardzo wygodne dla użytkownika, dając mu możliwość kupienia czegoś, na co go w danej chwili nie stać, a być może będzie go stać w przyszłości. Kredyt taki jest często bardzo wysoko oprocentowany, choć zdarzają się wyjątki. Ze względu na to wysokie oprocentowanie, karty kredytowe, mimo swoich zalet, nie cieszyłyby się tak dużym zainteresowaniem, gdyby nie tak zwany okres bez-odsetkowy. Banki, aby zachęcić swoich klientów do brania plastikowych kredytów, umożliwiają spłatę zadłużenia bez ponoszenia jakichkolwiek kosztów, o ile spłata ta nastąpi nie później niż 30, 50, 54 albo i więcej dni od momentu dokonania transakcji. I tu jest haczyk pogrzebany.

Jeżeli jesteście rozsądnymi użytkownikami, karta kredytowa może Wam służyć. Jeżeli jednak nie zachowacie rozwagi, będziecie zmuszeni służyć jej. Jeżeli jesteście w stanie spłacić swoje zobowiązanie w stosunku do banku w czasie bez-odsetkowym, tracicie niewiele (w postaci opłaty za wydanie i corocznej opłaty za użytkowanie), ale jeżeli zrobicie to choćby dzień później, konsekwencje mogą być duże i z każdym kolejnym dniem będą rosnąć. I gdyby wszyscy byli rozsądni, zapewne bankom nie opłacałoby się udzielanie takich pożyczek. My początkowo myśleliśmy, że jesteśmy rozsądnymi użytkownikami naszej podstępnej karty kredytowej. Bo przecież spłacaliśmy zadłużenie w terminie, który gwarantował, że nie ponosiliśmy żadnych kosztów. Przez kilka lat utrzymywaliśmy taki stan rzeczy, i nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że z miesiąca na miesiąc to zadłużenie było coraz większe i z każdej kolejnej wypłaty należało oddać bankowi coraz większą ilość złotówek. Wpadliśmy w spiralę. Spiralę zadłużenia. Można śmiało powiedzieć, że co miesiąc spłacaliśmy kredyt, zaciągnięty dwa miesiące wcześniej, zaciągając kolejny kredyt.

Wcale nie jest tak, że nam się to podobało. Wręcz przeciwnie, przyprawiało o ból zębów i obgryzione paznokcie. Po prostu co miesiąc trzeba było zapłacić taką kwotę, że to, co pozostało nie wystarczało na przeżycie do końca miesiąca, więc znów trzeba było użyć karty kredytowej. Kilka razy podejmowaliśmy bezskuteczne próby pozbycia się tego balastu. Aż do tego miesiąca. Dzięki systematycznemu podejściu do oszczędzania, o którym wspominaliśmy wcześniej, udało nam się odłożyć dużo więcej złotówek niż było potrzeba na pozbycie się tego plastikowego kamienia u szyi.

W ten sposób kilka dni temu ostatecznie rozprawiliśmy się z problemem jakim, niepostrzeżenie, stała się dla nas karta kredytowa. Ogólnie naszą przygodę można podsumować tak:
  • nie wydaliśmy na nią ani grosza, firma Taty pokryła koszty wydania i rocznych opłat i zawsze co miesiąc spłacaliśmy zadłużenie do zera
  • rzeczywiście, czasem się przydała, gdy kupowaliśmy coś, na co nie było nas stać, ale było nam potrzebne
  • kosztowała nas naprawdę dużo stresów, gdy trzeba było dla niej co miesiąc oddać pół wypłaty

Teraz, ten etap mamy już za sobą, możemy cieszyć się wypłatą w całej swej okazałości. Karta jest gotowa do likwidacji. Dzięki temu nasza zdolność kredytowa w oczach banków wzrośnie o kilkanaście stów. Może starczy na jakiś mebel.

Jeżeli Wy też macie taki niezauważalny problem w Waszych portfelach, nie obawiajcie się i natychmiast przystąpcie do pozbywania się go. To naprawdę może zaoszczędzić trochę pieniędzy, a na pewno usunie z Waszego życia co najmniej jeden problem.

Na koniec przypomnijmy sobie, jaki jest nasz cel, aby nie zniknął on nam z oczu zagrzebany gdzieś pod stosem planów mieszkań, wzorców umów kredytowych i arkuszy wypełnionych obliczeniami:
W tym roku kupujemy mieszkanie.

A to nasze zasoby, które będziemy pożytkować w trakcie osiągania naszego celu:
Tata - 1szt.
Mama - 1szt.
Dzieci - 2szt.
Kot - 1szt.
Tysiące PLNów leżących na koncie w banku - prawie 9szt.
Tysiące PLNów co miesiąc zasilających nasze konto w banku - 5 i pół szt (paradoksalnie, w stosunku do sytuacji za oknem, jakaś podwyżka miała tu miejsce).
Czas - 1,5szt (jak się chce to i parędziesiąt minut tygodniowo się znajdzie).
Determinacja - obecna (wbrew pozorom trochę nam się chce).

Tymczasem znikamy na kilka dni, aby w spokoju i w rodzinnym gronie, z dala od łącz internetowych, rozkoszując się otaczającą nas przyrodą, której urodę uwydatnia przyjemna temperatura powietrza, odpocząć od trudów i znoju związanych z naszymi poszukiwaniami.

Życzymy Wam Wesołych Świąt!

czwartek, 12 marca 2009

Czy stać nas na kredyt?

Takie pytanie zadawaliśmy sobie często przez ostatnich kilka lat. Wiadomo oczywiście o jaki kredyt chodzi. Wciąż mieliśmy przeczucie, że odpowiedź brzmi tak, ale wątpliwości nie dawały nam spać. Teraz już się nie pytamy. Wiemy, że nas stać.
Wbrew pozorom odpowiedź na takie pytanie nie jest prosta. Oczywiście najwięcej zależy od wysokości kredytu. Ale nie tylko. Równie istotne są nasze dochody, liczebność rodziny, oprocentowanie kredytu, przyszłe kursy walut i wysokość stóp procentowych. W tym równaniu jest bardzo dużo zmiennych i niewiadomych. W takiej sytuacji wypada zastosować metodę polegającą na szacowaniu.

Metoda szacowania polega na tym, że staramy się określić ile tak naprawdę wyniesie miesięczna rata kredytu. W tym celu wybieramy się do ulubionego banku, lub na stronę internetową zawierającą kalkulator kredytowy i liczymy. Na wszelki wypadek podajemy dane trochę "gorsze" niż rzeczywistość aby stworzyć sobie swego rodzaju poduszkę finansową lub też psychologiczną. Taka poduszka jest bardzo istotna szczególnie w przypadku kredytów denominowanych w walutach obcych, ponieważ kredyty takie obarczone są dodatkowym ryzykiem. W ten sposób poznamy teoretyczną wysokość raty kredytu hipotecznego. Możemy też sprawdzić czy nasz ulubiony bank uzna, że mamy wystarczającą zdolność kredytową. Właściwie, to lepiej sprawdzić to w kilku bankach, ponieważ każdy z nich inaczej podchodzi do tego tematu.

Gdy po jakimś czasie uda nam się mniej więcej wyznaczyć wysokość raty oraz znaleźć bank, który nam takiego kredytu udzieli, może się okazać, że, gdybyśmy nawet dostali ten nasz wymarzony kredyt, to po zapłaceniu raty, na życie zostaje nam tyle co kot napłakał. A to jest naprawdę niewiele, bo wiemy z doświadczenia, że koty raczej nie płaczą. Szybciej zaczną mówić ludzkim głosem niż uronią choćby jedną małą łezkę. Niezależnie od tego jakie nieszczęście je spotka.

I to jest pułapka, w którą nie warto wpadać. Bo o ile według banku 300 zł to może być wystarczająca kwota do przeżycia miesiąca przez czteroosobową rodzinę, to z naszego doświadczenia wiemy, że tak nie jest. Oczywiście, że dałoby się. Sęk w tym, że nie chcemy rezygnować z jedzenia i ubrań. Jak więc sprawdzić czy kredyt, który jest dla nas teoretycznie dostępny, nie spowoduje, że po miesiącu umrzemy z głodu?

Sposób jest niezwykle prosty, choć wymaga trochę czasu. W naszym wypadku zajęło to pół roku. Ale opłaciło się. Pomysł podsunął nam szwagier i polega on na tym, że symulujemy sobie spłatę takiej comiesięcznej raty. W naszym wypadku wygląda to tak, że wcześniej obliczona rata kredytu jest o 1000 zł większa od obecnie ponoszonych kosztów związanych z wynajmem mieszkania. Teraz, aby zasymulować ratę kredytu, co miesiąc, poza opłaceniem wynajmu, odkładamy te 1000 zł na zupełnie osobne konto. Z klauzulą "nie dotykać".

Proste, prawda? A na dodatek skuteczne. I to podwójnie. Po pierwsze, metoda pozwala definitywnie stwierdzić, czy stać nas na ten konkretny kredyt czy nie. Jeżeli po kilku miesiącach takiej symulacji, na osobnym koncie jest 0 zł, to nie jest dobrze. Po drugie, jeżeli nas stać, to po pół roku można odłożyć na dodatkowym koncie całkiem miłą sumkę, która w sam raz nadaje się na pokrycie kosztów około-kredytowych prawdziwego a nie symulowanego kredytu. W naszym wypadku nie było łatwo. Ale udało się. Teraz już wiemy na co nas stać.

Dlatego, jeżeli wciąż nie znacie odpowiedzi na tytułowe pytanie, spróbujcie spłacać sobie taki kredyt przez kilka miesięcy. Odpowiedź sama się pojawi. A dodatkowo, w przypadku odpowiedzi twierdzącej, uzyskacie trochę grosza. Życzymy wszystkim sukcesów w pracy nad swoją zdolnością kredytową.

poniedziałek, 2 lutego 2009

Inwestowanie w siebie

Dziś kilka słów o oszczędzaniu i inwestowaniu oraz o moim podejściu do tych spraw. Głębiej tematem zainteresowałem się około półtora roku temu. Pozbyliśmy się telewizora i od razu zyskałem kilka minut, czy nawet godzin dziennie, które mogłem spożytkować w inny sposób. I co zrobiłem z tym czasem? Jak wielu innych przede mną - wpadłem w otchłań internetu.

Próbowałem jakoś poznać internet "na nowo". Czytałem o nurcie nazwanym "Web 2.0", gdzie za treść publikowaną w witrynie nie odpowiada konkretna instytucja, firma lub czasopismo, ale sami użytkownicy. Jednym ze sztandarowych portali tego nurtu w Polsce jest wykop.pl. Zainteresowałem się tematem i dzięki temu poznawałem internet z trochę innego punktu widzenia. Zaskutkowało to tym, że usunąłem ze swoich bookmarków onet, wirtualną czy gazetę. Niestety. Dzisiejszy wykop to nie to samo, co kiedyś. Kolejny raz potwierdza się zasada, że jak coś jest do wszystkiego to jest ... To co jest mainstreamowe, popularne, traci swoją nutkę nowości, świeżości.

To właśnie na wykopie odkryłem takie blogi jak oszczedzanie.net i APP Funds. Od jakiegoś czasu możecie trafić na te strony klikając po prawej stronie w dziale Ciekawe Blogi. To tam się nauczyłem podstaw oszczędzania i inwestowania i dzięki nim poznałem prawdziwą wartość pieniędzy.

Okazuje się, ze nie musi być wcale tak, że całość dochodów znika jeszcze przed kolejną wypłatą. Zacząłem odkładać część dochodów. Początkowo 1% procent. Z czasem wzrosło to do prawie 20%. Przy czym za tę ostatnią wartość bezpośrednio jest odpowiedzialny jeden ze szwagrów, który nas do tego namówił. Co prawda nadal "brakuje do pierwszego", ale teraz wiemy gdzie te pieniądze się podziały.

Większość tych pieniędzy trafia na specjalne konto oszczędnościowe. I już niedługo posłużą nam do opłacenia części kosztów zakupu mieszkania. I pomyśleć, ze jeszcze pół roku temu nie mieliśmy prawie nic...

Równolegle do odkładania "dużej" kasy, 2% dochodów topię w funduszach inwestycyjnych. Moje inwestycje od początku charakteryzują się chaotycznością. Trochę akcji, trochę obligacji, trochę rynku pieniężnego, trochę misi. Co kilka dni sprzedaję jakieś jednostki, żeby zakupić inne. Cały czas wszystkie transakcje zapisuję i analizuję. W tej chwili "przegrałem" w ten sposób jakieś 30% kapitału. Godzę się z tymi stratami. Traktuję je trochę jak opłatę za szkolenie z inwestowania. Zyskuję potrójnie.

Po pierwsze wychodzi to i tak taniej niż profesjonalne kursy zarządzania pieniędzmi. Wciąż obracam małymi kwotami.
Po drugie, mimo, że kwoty są małe to i tak jest to zabawa własnymi pieniędzmi, więc zapewnia realne emocje a nie takie jak występują podczas gier wirtualnych (Wirtualnie też gram. Obecnie na platformie gra.invest24.pl).
Po trzecie, gdybym nie inwestował aktywnie tylko dopłacał cały czas do jednego, wybranego funduszu mój wynik byłby zapewne jeszcze gorszy.

Równolegle uczę się też teorii. A dokładniej, robię darmowy kurs o inwestowaniu dostępny on-line. Jedna lekcja dziennie. Kilkanaście minut zamiast gapienia się w telewizor. Po ukończeniu kursu i zaliczeniu wszystkich testów, NBP przysyła certyfikat potwierdzający udział w kursie. Dzięki temu znów czuję się jak student :)

Wiem, że jestem płotką, jeżeli chodzi o tematy giełdowe itp., ale cały czas się uczę. Myślę, że już niedługo osiągnę poziom, który pozwoli mi na zarabianie na moich inwestycjach.

Tyle o mnie, wyszło tego dość sporo, ale dla was też coś mam. Dobra rada. Spróbujcie przez kilka miesięcy odkładać mały procent dochodów. Niech to będzie nawet 1% na początek. Systematycznie. Najlepiej na jakieś osobne konto, w bezpieczne fundusze pieniężne, albo nawet do skarpety. Zapewniam, że przez pół roku nie zauważycie ubytku tych pieniędzy. Natomiast po pół roku będziecie mieć miłą niespodziankę. I to od was będzie zależało, co dalej z tą kasą zrobicie. Obiadek w drogiej restauracji? Nowy ciuch? Jakiś gadżet? A może lepiej zainwestować w coś, co przyniesie zysk? Jeżeli macie jakieś pomysły - dajcie znać. A może już macie podobny sposób na oszczędzanie? Podzielcie się wrażeniami w komentarzach.

Poczytajcie sobie te blogi i dobre rady w nich umieszczone. Oczywiście do wszystkiego trzeba podchodzić po swojemu i nie każda rada aplikuje się do każdej sytuacji. Dlatego, czytajcie ze zrozumieniem.