Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blogowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blogowanie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 grudnia 2009

Coraz bliżej Święta

Jest kilka rzeczy o których wypadałoby napisać w tym, najprawdopodobniej ostatnim wpisie w tym roku.

Choinka
Na początek najważniejsze: mamy choinkę! Niby prozaiczna sprawa, ale nam co roku sprawia wiele problemów. Spróbujcie znaleźć w Krakowie sosnę! Jest wszystko: jodły, świerki, jabłonie i modrzewie. Ale jak na złość o sosny strasznie trudno. A jak wiadomo, bez sosny, to tak jakby z plastikiem...

niedziela, 6 grudnia 2009

Wakacje na progu zimy

Dziś po raz kolejny nie będzie ani słowa o szukaniu, kupowaniu a już na pewno o urządzaniu mieszkania. Nie niepokójcie się jednak. Zbliża się czas, gdy i o tym zaczniemy pisać intensywniej. Tymczasem dziś chcielibyśmy powrócić na chwilę do wydarzeń nie tak bardzo odległych w wymiarze czasowym, ale za to maksymalnie oddalonych w wymiarze porarokowym. A dokładniej do tego, co miało miejsce późną wiosną.

środa, 25 listopada 2009

Surowce wtórne to nie śmieci

W naszym mieście co kilka miesięcy na przystankach komunikacji miejskiej pojawiają się plakaty propagujące segregację śmieci. Hasła typu "wyrzucaj z głową", "nie śmieć, wstydu oszczędź" czy "sprawdź gdzie dzwony biją" zapadły nam w pamięć. Można pomyśleć, że akcja marketingowa odniosła sukces. Przekaz trafił do nas - czyli do targetu. Problem w tym, że za hasłami szło niewiele wiedzy praktycznej.

wtorek, 27 października 2009

Tatowe inwestowanie w edukację

Ta decyzja dojrzewała w Tacie już od kilku dziesięcioleci. Dojrzewała długo. Może nawet bardzo długo. Wielu powie, że za długo. Niemniej jednak pewnego lipcowego dnia ujrzała światło dzienne. Zdarzenie to miało miejsce na progu pewnej instytucji.

niedziela, 11 października 2009

Pomysłowy Bomblomil

Jesień już przyszła. Widać to gołym okiem za oknem. O ile jeszcze przedwczoraj dało się wyjść na zewnątrz, zebrać kiść żółtych, brunatnych, czerwonych, bordowych i brązowych liści, zapakować je pod antyramkę oraz do szklanego wazonu, o tyle wczoraj taka sztuka nam się nie udała. Po 148 metrach, mokrzy i zmarznięci zawróciliśmy do domu. Tam, patrząc za okno, stwierdziliśmy bezapelacyjnie, że jesień już tu jest.

sobota, 10 października 2009

Pierwsze dni z nowymi limitami

Nowy limit w programie Rodzina na swoim, ten, który nas najbardziej interesuje - krakowski, wygląda bardzo interesująco. Pomalutku się z nim oswajamy, badamy go z każdej strony i ostrożnie głaszczemy. Nie jest do nas jakoś szczególnie bojowo nastawiony, więc nawet spanie z nim w tym samym pokoju nas nie niepokoi. A ponieważ pojawił się w naszym życiu tak niespodziewanie, koniecznie musieliśmy się z tym przespać. Nie obawiamy się, że w nocy, pod osłoną ciemności rzuci się na nas z zębami. Właściwie, to jest taki dość milutki i łasi się niemiłosiernie. Ale ciągle jeszcze nie wiemy, czy jest mały, ale wygląda na duży, czy wręcz przeciwnie, jest ogromny, ale nam się wydaje za mały...

piątek, 2 października 2009

Po wakacjach

Jak już wszyscy wiecie, wakacje w tym roku się skończyły. Może niekoniecznie dla wszystkich, ale na pewno dla kogoś. Uczniowie zasiedli w ławach szkolnych już kilka tygodni temu. Przed chwilą dołączyli do nich studenci. Pozostała część społeczeństwa skazywana jest właśnie na jesień. Jak do tej pory przebiega to dość delikatnie (idealnie pasuje tu określenie "złota polska") i poza przejmującym mrozem nic właściwie nie wskazuje na to, że lata już z nami nie ma.

Wracając do myśli przewodniej tego bloga, zapewne wielu z Was zadaje sobie pytanie, co tak naprawdę robiliśmy przez ostatnie kilka miesięcy. Zarówno związanego z naszym wymarzonym mieszkaniem jak również całkiem z nim nie związanego. Prawda jest taka, że gdyby ktoś z Was miał chęć zapytać nas o to pierwsze wprost, nasz dialog wyglądałby zapewne jakoś tak:
- Hej! Co tak naprawdę robiliście przez ostatnie kilka miesięcy w sprawie waszego wymarzonego mieszkania?
- Nic.

Tak, trudno w to uwierzyć, ale tak właśnie ten dialog musiałby wyglądać. Ale nic straconego, dajemy Wam jeszcze jedną szansę:
- Może chociaż oglądaliście jakieś mieszkania?
- Nie.
- Może chociaż przeglądaliście ogłoszenia w prasie albo w internecie?
- Nie.
- No to może rozmawialiście z jakimiś przedstawicielami banków, deweloperów, dostawców dywanów?
- Nie.
- Artykuły w gazetach?
- Nie.
- Ogłoszenia na słupach?
- Nie.
- Jakieś małe targi mieszkaniowe?
- Nie.
- Czyli nic nie zrobiliście?
- Nic.

Taka jest prawda i musicie się z nią oswoić. My się oswoiliśmy i bijemy się oczywiście nogami w piersi i zarzekamy się, że to się już nigdy nie powtórzy, że będziemy pamiętać, że następnym razem będziemy już grzeczni. Niczym trzyipółlatek przyłapany z jedną nogą na stole kuchennym z miseczką po rosole w jednym ręku, trzymający drugą ręką kota, wbitego pazurami w lodówkę, za ogon i krzyczący: "Ale ja cię lubiem koteczku!"... Żeby nie było wątpliwości, rosół wraz z makaronem (wolicie określenie makaron czy kluski?) zalega na każdej powierzchni, która zapewne i bez tej dodatkowej warstwy idealnie by się nadawała do poślizgnięcia się na niej. To jest niesamowite, że dziecku w pewnym wieku potrzeba tylko dwóch punktów oparcia dla zachowania równowagi. Na przykład stopy w mokrej skarpetce na krawędzi śliskiego stołu i ogona kota zwisającego skądinąd.
Wracając do tematu. Pozostaje jeszcze pytanie o to, co wobec tego robiliśmy w tym letnim czasie? Odpowiedź prawdopodobnie pojawi się kiedyś na łamach tego bloga, więc zaglądajcie co jakiś czas, bo naprawdę będzie o czym czytać!
A teraz to co najważniejsze. My się przyznaliśmy do naszej bezproduktywności. Pytanie, co Wy zrobiliście mając do dyspozycji tyle wolnego czasu? I niech nasza historia nie będzie dla Was żadnym usprawiedliwieniem!

środa, 8 kwietnia 2009

Spłaciliśmy kartę kredytową

Jakoś umknęła ta informacja w natłoku wielu innych i, pozornie nieistotna, nie pojawiła się w poprzednich wpisach, mimo, że już kilka dni od tego faktu minęło. Jej nieistotność rzeczywiście jest pozorna, bo okazuje się, że żeby dostać kredyt na jakąś astronomiczną kwotę celem zakupienia czegoś idealnego, jak dowiedział się dziś Tata w jednym z banków, musimy wykazać się brakiem zobowiązań finansowych w stosunku do innych banków. Nie jest to oczywiście jedyny warunek, inne to na przykład ukrycie wydatków na samochód, wliczenie premii do wypłaty, załatwienie rozdzielności majątkowej i obowiązkowo spłata rozłożona na pół tysiąca rat.

Wracając do karty. O tym, że warto zrobić wpis o pozbyciu się tego obciążenia, przypomniał nam AppFunds na swoim blogu. Bo nie chodzi tu bynajmniej o taką zwykłą spłatę. To coś więcej. To jest spłata bez konieczności zaciągania kolejnego kredytu. Jak wszyscy wiemy, karty kredytowe dają nam możliwość pożyczenia od banku pieniędzy na pewien procent. Inaczej nie nazywałaby się "kredytowa". Jest to oczywiście bardzo wygodne dla użytkownika, dając mu możliwość kupienia czegoś, na co go w danej chwili nie stać, a być może będzie go stać w przyszłości. Kredyt taki jest często bardzo wysoko oprocentowany, choć zdarzają się wyjątki. Ze względu na to wysokie oprocentowanie, karty kredytowe, mimo swoich zalet, nie cieszyłyby się tak dużym zainteresowaniem, gdyby nie tak zwany okres bez-odsetkowy. Banki, aby zachęcić swoich klientów do brania plastikowych kredytów, umożliwiają spłatę zadłużenia bez ponoszenia jakichkolwiek kosztów, o ile spłata ta nastąpi nie później niż 30, 50, 54 albo i więcej dni od momentu dokonania transakcji. I tu jest haczyk pogrzebany.

Jeżeli jesteście rozsądnymi użytkownikami, karta kredytowa może Wam służyć. Jeżeli jednak nie zachowacie rozwagi, będziecie zmuszeni służyć jej. Jeżeli jesteście w stanie spłacić swoje zobowiązanie w stosunku do banku w czasie bez-odsetkowym, tracicie niewiele (w postaci opłaty za wydanie i corocznej opłaty za użytkowanie), ale jeżeli zrobicie to choćby dzień później, konsekwencje mogą być duże i z każdym kolejnym dniem będą rosnąć. I gdyby wszyscy byli rozsądni, zapewne bankom nie opłacałoby się udzielanie takich pożyczek. My początkowo myśleliśmy, że jesteśmy rozsądnymi użytkownikami naszej podstępnej karty kredytowej. Bo przecież spłacaliśmy zadłużenie w terminie, który gwarantował, że nie ponosiliśmy żadnych kosztów. Przez kilka lat utrzymywaliśmy taki stan rzeczy, i nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że z miesiąca na miesiąc to zadłużenie było coraz większe i z każdej kolejnej wypłaty należało oddać bankowi coraz większą ilość złotówek. Wpadliśmy w spiralę. Spiralę zadłużenia. Można śmiało powiedzieć, że co miesiąc spłacaliśmy kredyt, zaciągnięty dwa miesiące wcześniej, zaciągając kolejny kredyt.

Wcale nie jest tak, że nam się to podobało. Wręcz przeciwnie, przyprawiało o ból zębów i obgryzione paznokcie. Po prostu co miesiąc trzeba było zapłacić taką kwotę, że to, co pozostało nie wystarczało na przeżycie do końca miesiąca, więc znów trzeba było użyć karty kredytowej. Kilka razy podejmowaliśmy bezskuteczne próby pozbycia się tego balastu. Aż do tego miesiąca. Dzięki systematycznemu podejściu do oszczędzania, o którym wspominaliśmy wcześniej, udało nam się odłożyć dużo więcej złotówek niż było potrzeba na pozbycie się tego plastikowego kamienia u szyi.

W ten sposób kilka dni temu ostatecznie rozprawiliśmy się z problemem jakim, niepostrzeżenie, stała się dla nas karta kredytowa. Ogólnie naszą przygodę można podsumować tak:
  • nie wydaliśmy na nią ani grosza, firma Taty pokryła koszty wydania i rocznych opłat i zawsze co miesiąc spłacaliśmy zadłużenie do zera
  • rzeczywiście, czasem się przydała, gdy kupowaliśmy coś, na co nie było nas stać, ale było nam potrzebne
  • kosztowała nas naprawdę dużo stresów, gdy trzeba było dla niej co miesiąc oddać pół wypłaty

Teraz, ten etap mamy już za sobą, możemy cieszyć się wypłatą w całej swej okazałości. Karta jest gotowa do likwidacji. Dzięki temu nasza zdolność kredytowa w oczach banków wzrośnie o kilkanaście stów. Może starczy na jakiś mebel.

Jeżeli Wy też macie taki niezauważalny problem w Waszych portfelach, nie obawiajcie się i natychmiast przystąpcie do pozbywania się go. To naprawdę może zaoszczędzić trochę pieniędzy, a na pewno usunie z Waszego życia co najmniej jeden problem.

Na koniec przypomnijmy sobie, jaki jest nasz cel, aby nie zniknął on nam z oczu zagrzebany gdzieś pod stosem planów mieszkań, wzorców umów kredytowych i arkuszy wypełnionych obliczeniami:
W tym roku kupujemy mieszkanie.

A to nasze zasoby, które będziemy pożytkować w trakcie osiągania naszego celu:
Tata - 1szt.
Mama - 1szt.
Dzieci - 2szt.
Kot - 1szt.
Tysiące PLNów leżących na koncie w banku - prawie 9szt.
Tysiące PLNów co miesiąc zasilających nasze konto w banku - 5 i pół szt (paradoksalnie, w stosunku do sytuacji za oknem, jakaś podwyżka miała tu miejsce).
Czas - 1,5szt (jak się chce to i parędziesiąt minut tygodniowo się znajdzie).
Determinacja - obecna (wbrew pozorom trochę nam się chce).

Tymczasem znikamy na kilka dni, aby w spokoju i w rodzinnym gronie, z dala od łącz internetowych, rozkoszując się otaczającą nas przyrodą, której urodę uwydatnia przyjemna temperatura powietrza, odpocząć od trudów i znoju związanych z naszymi poszukiwaniami.

Życzymy Wam Wesołych Świąt!

niedziela, 5 kwietnia 2009

Jajka pomalowane

Przygotowania do świąt idą pełną parą. Kartki świąteczne wypisane, jajka pomalowane, bak napełniony. Staramy się, bezskutecznie, trwać przy naszym postanowieniu, że nie będziemy myśleć o mieszkaniu aż do świąt.

Bezskutecznie dlatego, że Tata był wczoraj w ostatnim, przed czwartkowym wyjazdem, umówionym do oglądania mieszkania. I okazało się, że nie jest to może, opisywane przez nas wcześniej, mieszkanie idealne, ale posiada niemal wszystkie jego cechy. Poza dwiema. Po pierwsze, nie ma piwnicy czy też, jak kto woli, komórki lokatorskiej, choć posiada oddzielny, zamykany garaż ze sporą wnęką, gdzie spokojnie zmieszczą się rowery, kilka regałów, stare łóżko, stół i kilka krzeseł, więc ujdzie. Po drugie, jest trochę droższe niż limit zakładany przez "Rodzinę na swoim", mimo, że limit wzrósł. Tak, jest w naszym zasięgu, nawet jeśli nie zdecydujemy się na pomoc rządu, ale nie będziemy mieli możliwości wykończenia go. A przecież, nie po to się kupuje mieszkanie, żeby potem mieszkać na betonie przez 30 lat, do czasu spłaty kredytu. Choć i takie myśli chodzą nam po głowach. Co ciekawe, mieszkanie jest z rynku wtórnego, ale nie wykończone - nadal w stanie deweloperskim.

Nie pozostaje nam nic innego, jak próba negocjacji ceny. Jeżeli się nam powiedzie, to szybciutko załatwiamy kredyt, finalizujemy transakcję, i bierzemy się za malowanie ścian, meblowanie wszystkich trzech pokoi, siedzenie w niedzielne popołudnia na balkonie z widokiem na zieleń, montowanie półek w garderobie i spiżarni, instalację wanny, układanie 63 metrów kwadratowych podłóg i wiele, wiele innych cudownych czynności, o których nie możemy obecnie przestać myśleć. Żeby się tylko udało. Macie może jakiś sprawdzony sposób na zbicie ceny?

I w takim właśnie stanie wewnętrznego chciejstwa oczekujemy na nadchodzące kilka dni wolnego. Korzystamy z wiosny, spacerując nad stawami, wdychając świeże powietrze i delektując się ciepłymi promieniami słońca. Bardzo się staramy nie myśleć o mieszkaniu. Naprawdę.

środa, 25 marca 2009

W oczekiwaniu na wiosnę

Niby już jest, ale tak naprawdę to jeszcze jej nie widać. Niby kalendarz podpowiada, że to już, a jednak widok białych połaci za oknem jakoś temu przeczy. Wiosna powinna już wdzierać się do naszych mieszkań przez otwarte szeroko okna, delikatnym powiewem nagrzanego słońcem powietrza. Tym czasem nasze oczy skazane są na widok płatków śniegu gwałtownie pokrywających trawniki, które trawnikami są tylko z nazwy, bo właśnie słońca im trochę brakuje, aby nabrać delikatnej zielonej barwy.

Jesteśmy spragnieni wiosny do tego stopnia, że postanowiliśmy te kilka dni, które nas od niej dzielą przepracować na jak najwyższych obrotach, aby jak najmniej czasu poświęcić na dobijanie się temperaturami, które same z siebie już dobiły do zera. Za tym samobójczym postanowieniem kryje się ciężka harówka związana - z jednej strony z próbą, z góry skazaną na niepowodzenie, zachowania porządku w otaczającym nas wirze codziennych obowiązków, a z drugiej - z wyszukiwaniem podłóg, dobieraniem kolorów mebli, wirtualnym meblowaniem salonu, kuchni, sypialni, pokoju dzieciaków. Jakby tego było mało, Tata zabrał się za spamowanie deweloperów, czego skutkiem są trzy umówione wizyty na placach budów, jak również w wybudowanych już domach, połączone z fotografowaniem znajdujących się tam metrów kwadratowych powierzchni użytkowych.

Nie siedzimy z założonymi rękami i nie czekamy aż to wszystko samo się zrobi, bo choć zapewne mogłoby się samo zrobić (bo nie takie cuda się zdarzały) to jednak wolimy czuć tę samolubną satysfakcję, że to my sami doprowadziliśmy do tego. Niestety ten stan ciągłego wypełniania jakiś obowiązków jest okropnie wyczerpujący i już zaczęliśmy zauważać pewne oznaki zmęczenia, podkrążone oczy, obgryzione paznokcie, niedopite mleko, gruba warstwa kurzu na obecnie czytanej książce. Dlatego tak bardzo wyczekujemy wiosny, bo na pewno świeże, ciepłe, a przede wszystkim przesycone zapachami powietrze, da nam, jak co roku, kolejnego kopa, który pozwoli zapomnieć na jakiś czas o zmęczeniu.

W międzyczasie na wysokim, RPP'owym szczeblu kilku urzędników wzięło stopy i je obniżyło. W normalnej sytuacji na rynkach finansowych byłaby to dobra wiadomość. Niestety w dzisiejszych czasach obniżanie stóp, nie przynosi oczekiwanych skutków. Dlatego o kredyty hipoteczne jest coraz trudniej, a niektóre banki nawet całkiem rezygnują z ich przydzielania. I co my teraz zrobimy? Może się okazać, że znajdziemy to mieszkanie, które nam odpowiada, ale nie znajdzie się bank, który nam to mieszkanie kupi. Ale nie będziemy siedzieć w kąciku i płakać. Już pomału zabieramy się za namawianie banków na nasz kredycik. Zobaczymy co z tego wyjdzie.

Znacie może jakiś kurs negocjacji? Chyba by się nam przydał. Choć praktykę mamy już niezłą, a codzienne warsztaty prowadzone są przez najwyższej klasy już-prawie-trzyletniego specjalistę, i to na miejscu, bez wychodzenia z domu. Bodypainting i zabawa do białego rana gratis. Mamy nadzieję, że ze sprzedawcami i pośrednikami pójdzie nam łatwiej.

niedziela, 22 marca 2009

Teraźniejszość

Nadszedł i minął kolejny weekend. Na blogu nic się prawie nie wydarzyło, poza tym, że zmienił się trochę wygląd strony głównej. Teraz na dzień dobry można poczytać zajawki kilku wpisów a po kliknięciu w "Czytaj dalej..." pojawia się konkretny wpis w całej swej okazałości.

W najbliższym czasie planujemy dodać też listę wpisów posortowaną według ilości komentarzy. Dzięki temu będziecie mogli szybko się dowiedzieć, które wpisy na blogu są najpopularniejsze. Tymczasem zachęcamy do skorzystania z opcji kanałów RSS i subskrypcji e-mailowej. Dzięki temu będziecie informowani o każdym nowym wpisie dokładnie wtedy gdy on się pojawi. Tyle o przyszłości, wróćmy jeszcze na chwilę do przeszłości.

Mimo tego, że na blogu wpisów jak na lekarstwo, w sprawie poszukiwania mieszkania nie próżnujemy. Mało tego, zaczęliśmy już płynnie przechodzić do kolejnego etapu a mianowicie poszukiwań kredytu. A żeby było jeszcze ciekawiej, posunęliśmy się nawet do myśli o urządzaniu naszego przyszłego gniazdka. Bieg spraw nabrał takiego tempa z prostej przyczyny. Obejrzeliśmy jakieś mieszkania. Wyzwoliło to w nas potrzebę brnięcia dalej, zasmakowaliśmy w tym. Do tej pory nie byliśmy jeszcze nigdy tak daleko. To prawda, że oglądaliśmy już wcześniej mieszkania, ale do tej pory z myślą o wynajmie. Tym razem oglądaliśmy miejsce, gdzie być może za kilka lat nasze dzieci będą się bawić, uczyć, opowiadać nam o tym jak im minął dzień w szkole, albo zapraszać koleżanki i kolegów. Wiemy, że trudno w to uwierzyć patrząc na nich teraz, ale podobno my też w ich wieku rozbijaliśmy sobie głowy o framugi i byliśmy w stanie, jedząc parówki, wysmarować ketchupem siebie, ściany (pamiętać o farbie, którą można myć do nowego mieszkania), rodziców i kota.

W ten sposób, natchnieni, spędzamy każdą możliwą chwilę na porównywaniu. Porównujemy wszystko co nam do ręki wpadnie: oferty deweloperów, kształty mebli, oprocentowanie kredytów, kolory ścian, powierzchnie, kubatury, smaki serków pleśniowych, a jeżeli nic akurat w rękach nie mamy - linie papilarne lewej ręki z liniami papilarnymi ręki prawej. Ponadto spacerujemy. Są to miłe weekendowe, rodzinne spacerki od jednego placu budowy do kolejnego. Okazało się, że nie ma takiej inwestycji w promieniu dwudziestu kilometrów, do której nie bylibyśmy w stanie dotrzeć pieszo z dwoma wózkami, pomiędzy śniadaniem a obiadem.

Jak widać, dzieje się. Wczoraj nawet Tata znów wybrał się na targi mieszkaniowe. Wrażenie jest takie, że tym razem wystawców było więcej, choć kilku deweloperów, którzy byli obecni na poprzedniej edycji, tym razem nie dało rady przybyć. Po raz kolejny mieliśmy możliwość poznania naszej zdolności kredytowej, która tym razem waha się w okolicy 350000 złotych. Wiemy już, że jest możliwość skredytowania nie tylko zakupu nieruchomości, ale także jej wykończenie. Niestety, w przypadku "Rodziny...", nadal obowiązuje limit, co oznacza, że wykończenie można skredytować pod warunkiem, że deweloperowi zapłacimy odpowiednio mniej za mieszkanie.

A deweloperów na targach było sporo. Oferta bogata i zróżnicowana podobnie jak ceny. Każdy znajdzie coś dla siebie. Można mieć mieszkanie z balkonem wiszącym nad dwupasmówką, albo z możliwością zaglądania do garnków sąsiadom w wielkopłytowcu na przeciwko ewentualnie apartament z widokiem na Wawel z siedemdziesięciometrowym tarasem, otoczony lasem, na malinowo-wrzosowym wzgórzu pod dębem. Podsumowując, znów mamy parę kilo makulatury, kilka propozycji do odrzucenia (o przepraszam - rozpatrzenia), adresy, telefony i mętny obraz rynku nieruchomości.

Tak, czy inaczej, w najbliższym tygodniu planujemy odwiedzić jeszcze jakieś mieszkanie. I chyba czas poważniej podejść do banków. Zakasujemy, zakasane już rękawy jeszcze wyżej, prostujemy plecy przygniecione ciężarem codziennych niebanalnych obowiązków związanych z posiadaniem dwójki dzieci, i z nadzieją patrzymy w przyszłość. Patrzymy, patrzymy i chyba gdzieś tam, na linii gdzie niebo łączy się z ziemią, popularnie nazywanej horyzontem, dostrzegamy ledwie widoczny, rozmazany, przysłonięty przez przedstawicieli deweloperów i banków, kształt, który już teraz można rozpoznać jako drzwi. Tak! To są drzwi. Drzwi antywłamaniowe, z wizjerem, w kolorze mahoniu. I wiemy, to już nie przeczucie, że te właśnie drzwi prowadzą do naszego wymarzonego mieszkania.

Dobrze, że całe to zamieszanie sprawia nam przyjemność, bo gdybyśmy mieli do tego podchodzić nerwowo, to mogłoby się to źle skończyć.

sobota, 21 lutego 2009

Krakowskie becikowe - czyli ile kosztuje niewiedza

To, że niewiedza kosztuje, wiedzą wszyscy. Wczoraj mieliśmy okazję przekonać o tym na własnej skórze. A było to tak.

Kilka lat temu, we wspaniałym mieście Krakowie, wydarzyła się cudowna historia. Do naszej dwuosobowej, na ten czas, Rodzinki przybyło Dziecko. Nie takie zwykłe dziecko tylko właśnie Dziecko. Wraz z Jego przybyciem na barki Taty spadł obowiązek załatwienia kilku spraw urzędowych. Między innymi konieczne było złożenie wniosku o becikowe. I wtedy właśnie objawiła się niewiedza, która kosztuje. Nie dość, że wniosek o becikowe trafił nie do tego urzędu co trzeba, to jeszcze błędny wybór urzędu skutkował brakiem wniosku o tak zwane gminne becikowe, które Rodzince przysługiwało, choć ona o tym nie wiedziała. Jak się okazuje, różnica pomiędzy miejscem zameldowania a miejscem zamieszkania, jest jednak znacząca. Rodzinka żyła, tym samym, w niewiedzy przez kilka lat.

Ostatnio historia zatoczyła koło i do trzyosobowej, tym razem, Rodzinki przybyło Drugie Dziecko. Rodzinka radośnie zmieniła statut na Rodzinkę czteroosobową, a Tata znów stanął przed ciężkim urzędniczym zadaniem. Tu jednak historia popłynęła troszeczkę innym korytkiem. Z niewiadomych przyczyn Tata przed wyjściem z domu wykonał telefon i sprawdził gdzie dokładnie powinien złożyć wniosek o becikowe. Oczywiście chodziło o Wydział Świadczeń Socjalnych Urzędu Miasta Krakowa przy ul. Stachowicza 18. I jakże miła niespodzianka spotkała Tatę na miejscu, gdy okazało się, że mimo zameldowania obojga rodziców poza Krakowem i tak przysługuje im gminna jednorazowa zapomoga finansowa z tytułu urodzenia się dziecka. Jednak warunek jest taki, że rodzice w Krakowie mieszkają i pracują a samo miasto stanowi centrum ich życia. W celu poświadczenia powyższego należy złożyć stosowne oświadczenie oraz ksero np. umowy najmu.

Tata wszystkie papiery dostarczył i złożył w urzędzie w piątek trzynastego i jakież było zdziwienie całej Rodzinki, gdy już tydzień później (czyli wczoraj) odebrali listowne potwierdzenie przyznania zapomogi. Jeszcze bardziej zaskakujące było, że pieniążki na koncie pojawiły się w kilka godzin po przyjściu listu.

Cała historia skończyła się bardzo dobrze, choć pozostało pewne poczucie straty - przecież kilka lat wcześniej również można było postarać się o dodatkowe becikowe. Mówi się trudno i płynie się dalej. Nauczka jest - byleby nie zabłądziła w lesie.

Biorąc pod uwagę powyższe, należy skorygować nieco nasz stan zasobów z którymi kroczymy po wymarzony cel - mieszkanie. Na początku wyglądało to tak. A teraz:
Tata - 1szt.
Mama - 1szt.
Dzieci - 2szt.
Kot - 1szt.
Tysiące PLNów leżących na koncie w banku - 7szt.
Tysiące PLNów co miesiąc zasilających nasze konto w banku - 5szt.
Tysiące pieluch co godzinę zasilających podłogę wokół nieopróżnionego kosza na pieluchy - 10szt.
Czas - 0,001szt.
Determinacja - tli się gdzieś na dnie z powodu braku czasu i/lub lenistwa (niepotrzebne skreślić).

Sytuacja finansowa wygląda coraz lepiej, trochę słabiej - zasoby czasu. Ale nie ugniemy się! Za niedługo coś w nas pęknie, powstaniemy, pójdziemy i kupimy mieszkanie!

A przynajmniej obejrzymy sobie jakieś z bliska.

sobota, 14 lutego 2009

Córka

Od tygodnia nic nowego nie pojawiło się na blogu. Żadnych informacji prasowych, relacji z targów, zmian w planach ani nawet wzmianki o kotach. Wszystko dlatego, że wraz z początkiem tygodnia nasza Rodzinka przestała być przeciętną trzyosobową rodzinką a zaczęła być przeciętną czteroosobową rodzinką.

Tak! Mamy córeczkę!

Długo oczekiwana, zdecydowała się przyjść na świat nie do końca "zgodnie z planem", ale szczęśliwie. Dlatego ostatnie dni upływały nam na przebywaniu w szpitalu, odwiedzinach w urzędach oraz na adaptacji w tej nowej sytuacji. Teraz jesteśmy już w komplecie.

Co do bloga, to prawdopodobnie jego aktualizacje ucierpią w najbliższych tygodniach w starciach z pieluchami, karmieniami, czy próbą poświęcania większej ilości czasu Starszemu Bratu. Taki stan rzeczy jest jak najbardziej zrozumiały, choć postaramy się wrzucić jakiegoś wpisa raz na jakiś czas. Tymczasem zapraszamy, tych z Was, którzy jeszcze nie mieli okazji, do zapoznania się z poprzednimi wpisami.

Oczywiście, cel się nie zmienia. W tym roku kupujemy mieszkanie. Tak więc, za parę dni zaprezentujemy mały raport z targów mieszkaniowych, natomiast w planie jest odwiedzenie już niedługo kilku mieszkań. Oczywiście wszystko postaramy się opisać na blogu, dlatego zapraszamy do odwiedzin, ewentualnie do zapisania się na kanał RSS.

sobota, 7 lutego 2009

Długi spacer

Nie wiem jak Wy, ale ja bardzo lubię spacerować. Może to dlatego, że kto nie ma w głowie, ten ma w nogach... W każdym bądź razie przedkładam spacer nad przejażdżkę. No chyba, że przejażdżkę rowerową. Jeździć na rowerze też lubię. Ale nie o tym chciałem.

Spacery lubię do tego stopnia, że zamiast jechać autobusem do sklepu, wolę te 4 kilometry przejść na piechotę. Dla niektórych moje zachowanie, może być niezrozumiałe. Dlatego, pod naporem pytań "a dlaczego?", zostałem zmuszony do poszukania jakichś racjonalnych przyczyn, dla których spacer miałby być lepszy od jazdy autobusem.

Nawiasem mówiąc moje uwielbienie pieszego trybu życia jest tak duże, że do tej pory nie zdecydowałem się nawet na próbę zdobycia uprawnień do prowadzenia pojazdów mechanicznych, innych niż wspomniany rower.

Wracając do racjonalnych przyczyn.
  1. Spacer jest dobry dla zdrowia. Osobiście nie ćwiczę fizycznie zbyt wiele. Owszem, mam plan uczęszczania na basen, ale, jak każdy plan, wymaga on jeszcze postępowania zgodnie z nim, a o to już trochę trudniej. W związku z brakiem regularnych ćwiczeń ruchowych, przejście paru kilometrów raz na jakiś czas można uznać za próbę podtrzymywania swojego zdrowia na jakimś znośnym poziomie. A jeżeli do tego dorzucimy kilkanaście kilogramów zakupów niesionych najczęściej w plecaku, można całe to przedsięwzięcie podciągnąć pod próbę uprawiania swego rodzaju sportu wytrzymałościowego. Czyli zamiast kisić się w samochodzie lub autobusie - plecak na plecy i w drogę.

  2. Spacer jest tańszy niż inne formy podróżowania. Koszt przejazdu autobusem do i z hipermarketu powoduje, że cała ta podróż traci sens. Bo przecież do hipermarketu wybieram się po to, żeby było taniej. Jeżeli za transport mam zapłacić dodatkowe 5 złotych od osoby, to wolałbym zrobić te zakupy w pobliskim sklepie osiedlowym. Oczywiście jazda samochodem nie jest już tak droga, szczególnie jeżeli na zakupy wybieramy się całą rodziną. Ale po pierwsze, prawa jazdy nie posiadam a po drugie Mama, która prawo jazdy posiada, posiada też naszą córkę kurczowo uczepioną jej frontu, co znacznie ogranicza jej (Mamy a nie Córki) możliwości poruszania się w ogóle, a samochodem w szczególności.

  3. Spacer daje czas na przemyślenia. Szczególnie jeżeli jest to samotny spacer. W takim przypadku myśli mogą wreszcie swobodnie obijać się po głowie. Wpadać, wypadać, napływać, odpływać. Na co dzień rzadko mają taką okazję.

  4. Spacer pozwala uwolnić się od rozkładu jazdy. Nie trzeba wychodzić o konkretnej godzinie, nie trzeba podróżować ustaloną trasą, nie trzeba stać i czekać. I często może się zdarzyć, że spacer zajmie mniej więcej tyle samo czasu co podróż komunikacją miejską uwzględniając czas oczekiwania na przystankach.

Oczywiście są też wady spacerowania. Pogoda, która może mieć dość istotny wpływ na kierunek naszego spaceru, lub nawet na dalsze jego trwanie. Czasem droga do przebycia jest zbyt długa, aby porywać się na nią z nogami. Poza tym, nie każdy lubi spacerować. Co prawda spacer jest dobry, jeżeli nigdzie się nam nie spieszy, ale jeżeli jest ktoś, kto na nas czeka, może się okazać, że jemu się właśnie spieszy. A najgorsze, że dowiemy się o tym dopiero, kiedy już zakończymy spacer.

Ale jaki związek może mieć spacerowanie z szukaniem mieszkania? Po tym dość przydługim wprowadzeniu przechodzę do sedna.

Dziś była piękna wiosenna pogoda. Tak - nie pomyliłem się! Jest luty, ale na zewnątrz ani śladu śniegu, termometr w cieniu wskazywał 10 stopni, w słońcu jakieś 18. W powietrzu znów pojawiły się zapachy, a wśród drzew dało się słyszeć ptaki. Wymarzona pogoda na spacer. Ponieważ miałem zrobić różnego rodzaju zakupy dla Mamy wijącej gniazdo, znalazłem się w pewnej chwili dość daleko od domu ze wspomnianym wcześniej plecakiem wypełnionym po brzegi. Niewiele się zastanawiając ominąłem szerokim łukiem przystanek autobusowy i dziarskim krokiem skierowałem się w stronę domu. Dzięki temu, że trasa nie była wyznaczona i narzucona w żaden sposób pozwoliłem swoim stopom na pełną swobodę. Nie uwierzycie jakie było moje zdumienie, gdy już po kilkuset metrach mym oczom ukazał się słup. Słupa zapewne bym nie zauważył jadąc autobusem i będąc pogrążonym w siódmej części "Harry'ego Potter'a", a tym bardziej siedząc w szybko mknącym samochodzie. A dzięki zaufaniu do własnych stóp znalazłem się oko w oko z nim. Ze słupem ogłoszeniowym.

Aby już naprawdę dalej nie przedłużać napiszę tylko, że dzięki temu słupowi dowiedziałem się jak spędzę jutrzejszy dzień - na targach mieszkaniowych.

Tak, właśnie tak. Znalazłem ogłoszenie o tym na zwykłym słupie. Co więcej w dalszej drodze trafiłem na jeszcze kilka słupów, z których dwa poinformowały mnie o ciekawych promocjach cenowych mieszkań (www.4950m2.pl, mojem2.com).

Dlatego pamiętajcie, że w życiu ważnie jest stwarzanie okazji. Okazje są dobre. Zróbcie czasem coś na przekór swoim nawykom i zamiast wsiąść do samochodu czy autobusu, spróbujcie przejść się po okolicy. Może znajdziecie dzięki temu okazję. A jak Wam się uda, to pochwalcie się w komentarzach na dole.

A jutro - Targi.



poniedziałek, 2 lutego 2009

Inwestowanie w siebie

Dziś kilka słów o oszczędzaniu i inwestowaniu oraz o moim podejściu do tych spraw. Głębiej tematem zainteresowałem się około półtora roku temu. Pozbyliśmy się telewizora i od razu zyskałem kilka minut, czy nawet godzin dziennie, które mogłem spożytkować w inny sposób. I co zrobiłem z tym czasem? Jak wielu innych przede mną - wpadłem w otchłań internetu.

Próbowałem jakoś poznać internet "na nowo". Czytałem o nurcie nazwanym "Web 2.0", gdzie za treść publikowaną w witrynie nie odpowiada konkretna instytucja, firma lub czasopismo, ale sami użytkownicy. Jednym ze sztandarowych portali tego nurtu w Polsce jest wykop.pl. Zainteresowałem się tematem i dzięki temu poznawałem internet z trochę innego punktu widzenia. Zaskutkowało to tym, że usunąłem ze swoich bookmarków onet, wirtualną czy gazetę. Niestety. Dzisiejszy wykop to nie to samo, co kiedyś. Kolejny raz potwierdza się zasada, że jak coś jest do wszystkiego to jest ... To co jest mainstreamowe, popularne, traci swoją nutkę nowości, świeżości.

To właśnie na wykopie odkryłem takie blogi jak oszczedzanie.net i APP Funds. Od jakiegoś czasu możecie trafić na te strony klikając po prawej stronie w dziale Ciekawe Blogi. To tam się nauczyłem podstaw oszczędzania i inwestowania i dzięki nim poznałem prawdziwą wartość pieniędzy.

Okazuje się, ze nie musi być wcale tak, że całość dochodów znika jeszcze przed kolejną wypłatą. Zacząłem odkładać część dochodów. Początkowo 1% procent. Z czasem wzrosło to do prawie 20%. Przy czym za tę ostatnią wartość bezpośrednio jest odpowiedzialny jeden ze szwagrów, który nas do tego namówił. Co prawda nadal "brakuje do pierwszego", ale teraz wiemy gdzie te pieniądze się podziały.

Większość tych pieniędzy trafia na specjalne konto oszczędnościowe. I już niedługo posłużą nam do opłacenia części kosztów zakupu mieszkania. I pomyśleć, ze jeszcze pół roku temu nie mieliśmy prawie nic...

Równolegle do odkładania "dużej" kasy, 2% dochodów topię w funduszach inwestycyjnych. Moje inwestycje od początku charakteryzują się chaotycznością. Trochę akcji, trochę obligacji, trochę rynku pieniężnego, trochę misi. Co kilka dni sprzedaję jakieś jednostki, żeby zakupić inne. Cały czas wszystkie transakcje zapisuję i analizuję. W tej chwili "przegrałem" w ten sposób jakieś 30% kapitału. Godzę się z tymi stratami. Traktuję je trochę jak opłatę za szkolenie z inwestowania. Zyskuję potrójnie.

Po pierwsze wychodzi to i tak taniej niż profesjonalne kursy zarządzania pieniędzmi. Wciąż obracam małymi kwotami.
Po drugie, mimo, że kwoty są małe to i tak jest to zabawa własnymi pieniędzmi, więc zapewnia realne emocje a nie takie jak występują podczas gier wirtualnych (Wirtualnie też gram. Obecnie na platformie gra.invest24.pl).
Po trzecie, gdybym nie inwestował aktywnie tylko dopłacał cały czas do jednego, wybranego funduszu mój wynik byłby zapewne jeszcze gorszy.

Równolegle uczę się też teorii. A dokładniej, robię darmowy kurs o inwestowaniu dostępny on-line. Jedna lekcja dziennie. Kilkanaście minut zamiast gapienia się w telewizor. Po ukończeniu kursu i zaliczeniu wszystkich testów, NBP przysyła certyfikat potwierdzający udział w kursie. Dzięki temu znów czuję się jak student :)

Wiem, że jestem płotką, jeżeli chodzi o tematy giełdowe itp., ale cały czas się uczę. Myślę, że już niedługo osiągnę poziom, który pozwoli mi na zarabianie na moich inwestycjach.

Tyle o mnie, wyszło tego dość sporo, ale dla was też coś mam. Dobra rada. Spróbujcie przez kilka miesięcy odkładać mały procent dochodów. Niech to będzie nawet 1% na początek. Systematycznie. Najlepiej na jakieś osobne konto, w bezpieczne fundusze pieniężne, albo nawet do skarpety. Zapewniam, że przez pół roku nie zauważycie ubytku tych pieniędzy. Natomiast po pół roku będziecie mieć miłą niespodziankę. I to od was będzie zależało, co dalej z tą kasą zrobicie. Obiadek w drogiej restauracji? Nowy ciuch? Jakiś gadżet? A może lepiej zainwestować w coś, co przyniesie zysk? Jeżeli macie jakieś pomysły - dajcie znać. A może już macie podobny sposób na oszczędzanie? Podzielcie się wrażeniami w komentarzach.

Poczytajcie sobie te blogi i dobre rady w nich umieszczone. Oczywiście do wszystkiego trzeba podchodzić po swojemu i nie każda rada aplikuje się do każdej sytuacji. Dlatego, czytajcie ze zrozumieniem.



poniedziałek, 26 stycznia 2009

Blogowanie

Pomału i nieśmiało zaczynają pojawiać się pierwsze komentarze do wpisów. Bardzo się cieszymy, że jednak jest ktoś po drugiej stronie kabla, kto w swoim zaciszu (lub zagłośniu, jeżeli nie wyłączył telewizora) poświęcił trochę cennego czasu na zapoznanie się z naszym blogiem. Dziękujemy też za miłe słowa kierowane metodą "poza blogową" i zachęcamy do wypowiadania się pod wpisami.

Tak trzymać! Nie przejmujcie się naszym (głównie moim) stylem i chaosem tu panującym. Po prostu czytajcie i komentujcie. Obiecujemy odpowiadać na mniej lub bardziej merytoryczne komentarze oraz na konstruktywną krytykę. Żebyście nie czuli się osamotnieni, przyłączamy się do Was i również przeczytaliśmy dziś tego bloga. Całego. Tym bardziej, że nie ma tego dużo. Wnioski? Nietrudno odnieść wrażenie, czytając wpisy chronologicznie, że panuje tu niezły bałagan. Nie chodzi o to, że jest to zamierzone. Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy. Tak właśnie wygląda, na razie, nasze podejście do kupowania mieszkania. Mamy jakąś wiedzę, poszatkowaną i porozrzucaną. Mamy jakieś przeczucia. Mamy jakieś wyobrażenia. Mamy też wiele spraw na głowie w ogóle nie związanych z celem tego bloga. To wszystko przeplata się i powoduje mętlik.

I tu w sukurs przychodzi nam nowoczesna technologia. Otóż, jak zapewne już się zdążyliście zorientować, pod każdym wpisem pojawiają się etykiety. Dzięki nim można łatwo i szybko ocenić, czego dany wpis dotyczy. A to nie wszystko. Po prawej stronie znajduje się sekcja, gdzie wymienione są wszystkie użyte na tym blogu etykiety. Kliknięcie na nich powoduje wyświetlenie tylko wpisów odnoszących się do danego tematu. Czyż to nie jest wspaniałe?! Teraz jednym ruchem można uporządkować chaos!

To tyle na dziś, ale nie traćcie nadziei. Już niedługo pojawią się kolejne wpisy związane z celem tego bloga oraz innymi ważnymi wydarzeniami. Mamy nadzieję, że coraz bardziej uporządkowane.



czwartek, 22 stycznia 2009

Po co komu blog o szukaniu, kupowaniu mieszkania?

Kupno mieszkania dla jednych jest, jak każdy inny zakup - telewizor, pralka, samochód. Dla innych natomiast jest trudnym i problematycznym procesem, szczególnie w przypadku kupna na kredyt zaciągany na kilka dziesięcioleci. Niestety, my należymy do tej drugiej kategorii. Pomysł kupna własnego mieszkania przeraża nas. Myśl o kredycie na 30 lat i racie 2000 zł płaconej co miesiąc paraliżuje. Kolejne etapy: wizyty u sprzedawców, deweloperów, w bankach, urządzenie mieszkania, przeprowadzka wymagają poświecenia czasu. A czasu, oczywiście jest mało. Szczególnie u młodych rodziców. Dlaczego więc zwiększać sobie obciążenie poprzez prowadzenie bloga?

Kilka odpowiedzi:
  1. Uporządkowanie informacji. Blog ma być miejscem, gdzie będziemy składować różne informacje istotne dla nas podczas realizacji naszego planu.
  2. Tak czy inaczej mielibyśmy notatki z wizyt w kolejnych mieszkaniach, w bankach. Na pewno prowadzilibyśmy jakieś wyliczenia itp. wszystko po to, żeby móc do nich wrócić i porównać. Blog może być takim składowiskiem. Wpisom można nadawać etykiety kategoryzując je.
  3. Kupno mieszkania to może być ciekawa przygoda. Spróbujemy ją opisać, tak subiektywnie, tak z naszego punktu widzenia a nie tak, jak w gazetach i poradnikach.
  4. Mamy nadzieję, że ten blog będzie stanowić jakieś specyficzne kompendium wiedzy dla czytelników, którzy mają przed sobą podobną drogę. Może dzięki temu nie popełnią błędów, które my popełnimy?
  5. Jeżeli znajdzie się grono czytelników, być może doświadczonych, mamy nadzieję uzyskać od Was jakąś pomoc. Może dzięki temu my nie popełnimy błędów, przed którymi nas ustrzeżecie?

Jest jeszcze jedna ważna kwestia. Dzięki temu, że jest blog i, że jest on czytany mamy większą motywację. Bo przecież, dopóki nie ponieśliśmy żadnych kosztów, w każdej chwili możemy się wycofać nie ponosząc strat. I również dlatego powstał blog. Żeby takie myśli, nawet jak przyjdą do głowy - od razu z niej wylatywały. Od dziś zaczynamy promocję bloga, początkowo wśród rodziny i znajomych.

Głównym prowadzącym bloga jestem ja, czyli Tata. Często będę pisać w imieniu całej Rodzinki, redagowany, cenzurowany i autoryzowany przez Mamę, ale czasami napiszę coś od siebie, tak jak teraz. To jest mój pierwszy blog. Mama ma swojego bloga od dłuższego czasu. Ja też chciałem mieć swojego i to jest chyba jeszcze jedna przyczyna jego powstania. Przy okazji więc będzie mi służyć jako poligon doświadczalny. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie.

Napiszcie w komentarzach, co sądzicie o blogu. Wiemy, że na razie jest jeszcze mało wpisów i mało konkretów, ale ogólny zarys i plan przedstawiliśmy. Wypowiedzcie się - Wasze zdanie jest dla nas ważne. Ten blog jest również dla Was.




środa, 14 stycznia 2009

Gdzie to my byliśmy...

A tak, Decyzja.
Decyzja, jak już zapewne wiecie z poprzedniego wpisu została podjęta. Tak, właśnie tak! Kupujemy mieszkanie!
I to nie byle jakie mieszkanie. "Nasze Pierwsze Mieszkanie".

Prosta sprawa, powiedzieć "kupujemy". Teraz pora pokazać, że reszta też nie jest tak trudna, jak się wydaje.

Do kupna mieszkania przymierzaliśmy się już kilkukrotnie. Zawsze pojawiały się okoliczności, które nas od tego odwodziły. Albo wyprowadzka do innego miasta, albo przyjście na świat potomka, albo horrendalne ceny nieruchomości. Tym razem jednak nie zamierzamy tak łatwo odpuścić. Podnosimy tę rękawicę, stajemy twarzą w twarz z problemem, zakasujemy rękawy!

Sytuacja na rynku mieszkaniowym w Polsce jest teraz dość ciekawa. Po kilku latach bujania w chmurach ceny mieszkań pomału, acz uparcie zniżają się do przyziemnych poziomów. To stwarza szansę dla takich jak my. Tych, którzy nie potrafili bądź nie mogli podjąć takiej decyzji kilka lat temu.

Więc czas powiedzieć "Do dzieła!"

Mamy gorącą nadzieję, że blog ten trafi do ludzi w podobnej sytuacji, co nasza. Do tych, którzy przymierzają się do zakupu swojego (niekoniecznie) pierwszego mieszkania. Chcemy pokazać jak my się do tego zabieramy, jakie błędy popełniamy i jakie sukcesy odnosimy. Być może pomoże on (ten blog) czytelnikom (Wam) w stoczeniu podobnej bitwy i odniesieniu sukcesu na tym polu.